Reklama

Kaczyński ma wyłożyć 700 tys. na przeproszenie Sikorskiego. A jest podobno dyktatorem Polski

W ostatnich tygodniach mieliśmy serię wyroków rządzących się jedną zasadą. Jeśli rzecz dotyczyła wrogów obecnej władzy, byli uwalniani przez sądy od konsekwencji za wypowiedzi w akompaniamencie triumfalnych deklaracji o prymacie wolności słowa. Jeśli oceniano słowa ludzi o prawicowej barwie, ich ten prymat nie dotyczył.

Na Facebooku mignęło mi wezwanie Adama Borowskiego, weterana Solidarności i rzecznika pomagania Czeczenom przeciw Rosji, do zbiorki na rzecz Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS przegrał w drugiej instancji proces cywilny z Radosławem Sikorskim. Za publikację przeprosin w Onecie ma zapłacić... 708 tysięcy złotych. Polityk ogłosił, ze będzie musiał sprzedać dom na Żoliborzu, żeby znaleźć taką kwotę. 

Liberalne środowiska są coraz bliższe stanowisku, że powiedzieć można publicznie właściwie wszystko. Nazwać prezydenta Dudę idiotą - jaki to problem? Napisać o polskich strażnikach pogranicznych - "mordercy", jak to uczyniła pewna aktorka? To ich podobno nie znieważa, to także orzekł sąd. Przypomina się, że na Zachodzie, wobec osób publicznych, prawna ochrona przed oskarżeniami jest coraz węższa. Tak zresztą rozumował sąd pierwszej instancji, orzekając, że Kaczyński nie jest Sikorskiemu nic winien. Sąd Apelacyjny uznał inaczej, choć wyrok jest wciąż nieprawomocny.

Reklama

Wyrok o charakterze rujnującym

W tym wszakże przypadku nasi liberałowie nie są zaniepokojeni. Przeciwnie "wyrok na Kaczora" przyjmowany jest ze słabo skrywanym, albo i nie skrywanym zadowoleniem. A przecież choć akurat wokół katastrofy w Smoleńsku padło sporo twierdzeń zbyt daleko idących, krzywdzących - ba - zwykłych insynuacji, to akurat w tej konkretnej wypowiedzi Kaczyński odniósł do konkretnego działania Sikorskiego jako szefa MSZ (wycofał wniosek o uznanie miejsca katastrofy za przestrzeń eksterytorialną).

Czy należało to nazywać "zdradą dyplomatyczną"? Pewnie to za mocne, ale jest elementem poważnego sporu wokół rozliczenia polskich władz z tamtych czasów. Jeśli zaś nawet uznamy, że sąd powinien przyznać rację Sikorskiemu, to przecież suma ponad 700 tysięcy zapiera dech. To werdykt o charakterze konfiskacyjnym, brutalne uderzenie w polityka, które w sporze o słowa zdecydowanie nie powinno mieć miejsca - niezależnie już nawet od tego, czy cywilizowany Zachód ogranicza ochronę osób publicznych jako celów krytyki, czy nie.

Wyczuł to sam Sikorski. Jego zdaniem wyrok nie powinien mieć natury "rujnującej". On sam gotów jest się zadowolić 50 tysiącami przeznaczonymi na pomoc wojskową Ukrainie. Tyle, że to oświadczenie jest tylko gestem. W tym momencie wszystko zależy od sędziów. No właśnie.

Wciąż czytamy, że zbudowanie nowego systemu organizacji władzy sądowniczej, "upolitycznienie Krajowej Rady Sądownictwa", miało na celu zastraszenie stanu sędziowskiego. Jeśli tak, efekt jest chyba dokładnie odwrotny.

W ostatnich tygodniach mieliśmy całą serię wyroków rządzących się jedną zasadą. Jeśli rzecz dotyczyła wrogów obecnej władzy, byli uwalniani przez sądy od konsekwencji za wypowiedzi w akompaniamencie triumfalnych deklaracji o prymacie wolności słowa. Jeśli oceniano słowa ludzi o prawicowej barwie, okazywało się, że ich ten prymat nie dotyczy.

Barbara Kurdej-Szatan, wspomniana już aktorka, może obrażać polskie służby - ba - obwiniać ich o czyny, delikatnie mówiąc, niedowiedzione: "mordercy". Ale Rafał Ziemkiewicz i Magdalena Ogórek nie mogą wyrazić się brutalnie o liderce ruchu proaborcyjnego. Za to trzeba przepraszać i płacić.

Czy Polska jest dyktaturą?

Nie byłem entuzjastą pisowskiej, tak zwanej reformy sądownictwa. Możliwe, że niemądre kampanie propagandowe obecnej władzy przeciw sędziom to, poza ich własną wizją świata, powód takiego braku symetrii w wyrokach. Sędziowie biorą odwet, tak to wygląda. Ale niech mi ktoś jeszcze zacznie opowiadać, że ci sędziowie są zastraszeni, roześmieję mu się w nos. Nie tylko nie widać u nich żadnych obaw, ale wielu z nich wdrapało się na antyrządowe barykady. Razem z politykami i aktywistami różnych specjalności.

Poszedłbym dalej w swoich wnioskach. Dzień w dzień czytamy i słuchamy, jak to Polska zmienia się w autorytarną dyktaturę. Raz już tą dyktaturą właściwie jest, innym razem wkroczyła właśnie na tę drogę. Jeśli tak, Jarosław Kaczyński to dyktator naszego państwa. I właśnie sąd go obciążył represyjną sumą. To on zastanawia się nad sprzedażą domu, a nie jęczący pod jego butem przeciwnicy.

Jest podobno jak Putin i Łukaszenka. Słyszeliście o podobnych przypadkach w Rosji czy na Białorusi? Prawda, PiS kilka razy próbował, na ogół nieporadnie, pomagać sobie łokciami w sprawowaniu władzy (wybory kopertowe, próba uderzenia w TVN). Prawda, Kaczyński rządzi swoją partią na dworską modłę. Ale jeśli ktoś, ostatnio Donald Tusk, plecie o "dyktaturze", naprawdę powinien być zabity śmiechem.

Oczywiście nic takiego się nie dzieje, poważni ludzie kiwają głowami nad alarmistycznymi wpisami na Twitterze i Facebooku. Ogarnijcie się, zacznijcie trzeźwo myśleć. To moje życzenia dla Was na święta. Zbiorowa paranoja jest złym doradcą. 

Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Kaczyński | Radosław Sikorski | sądownictwo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy