Jeden z największych polskich mitów. Nie, nigdy tak nie było
Wiara w to, że w historii Polski istniał jakiś okres, który przypominał biblijną wizję pokoju, "jagnię siedzące koło lwa", to czysty mit. Polskie elity od wieków walczyły ze sobą i nakręcały do walki społeczeństwo. A to ostatnie walczyło, mając tej walki… serdecznie dosyć.

Według badania CBOS z marca tego roku niemal połowa (46 proc.) ankietowanych uznała spór polityczny i polaryzację za największe zagrożenie dla stabilności społecznej. Dalej dopiero były sytuacja międzynarodowa (41 proc.) i jakość usług publicznych, czyli przede wszystkim zapaść w służbie zdrowia (31 proc.).
Na tym polega jeden z największych paradoksów polskich konfliktów wewnętrznych, partyjnych dintojr i animozji społecznych, że ich uczestnicy często deklarują tęsknotę za… pojednaniem narodowym. Trudno nie wykluczyć, że spora część z nich robi to szczerze, ale równocześnie ci sami ludzie popadają w jeszcze większą nienawiść.
Co jest przyczyną tej sprzeczności? Może po prostu Polacy uwielbiający dramatyczne i teatralne pojednania, przebaczenia i wyznania wzajemnych grzechów, mają problem z normalnym toczeniem sporów?
Zemsta za zemstę
Polska literatura, pamiętniki, listy, gazety wypełnione są wzruszającymi opisami pojednania narodowego, klas społecznych, obozów politycznych, regionów. To ważny element "Pana Tadeusza", "Potopu" czy "Krakowiaków i górali" i obiekt celnej satyry w "Zemście", "Weselu" czy "Samych swoich". Jednać się miano po rozbiorach, za "Solidarności" i w 1989 roku.
O potrzebie pojednania i przebaczenia pisano także po zamachu majowym w 1926 roku. Efektem tego "pojednania" były prześladowania i obozy, w których piłsudczycy więzili swoich przeciwników politycznych, a potem zemsta i z kolei prześladowania piłsudczyków, także trzymanie ich w obozach, już podczas wojny na emigracji.
Wszystko to miało silną podbudowę moralną, a lista krzywd, które domagały się pomsty, a także dowodów na haniebną podłość i bezwartościowość przeciwników tonęła w pomroce wycinanek, podchodów i strzelanin.
Wystarczy przypomnieć, że w trakcie samego zamachu dla piłsudczyków ważny był element zemsty na tych, którzy mieli ponosić moralną odpowiedzialność za mord prezydenta Gabriela Narutowicza trzy lata wcześniej.
Kolejne zemsty i akty mające płynąć z poczucia zaprowadzenia sprawiedliwości moralnej z drugiej strony rodziły poczucie zrobienia tego samego. Trochę jak wielopokoleniowe walki szkockich klanów czy vendetty albańskich rodzin w dawnych czasach. Wszystko to było tłem dla tego, co jest realną istotą polityki: walki o władzę.
Obcy nie dyskutują
Mitem jest także to, że Polacy jednoczyli się zawsze w obliczu wroga, co pięknie - choć jak przystało na niego, romantycznie - oddał nasz wieszcz. W początkowym okresie okupacji niemieckiej (a później także w pewnych momentach) organizacje podziemne potrafiły się ostro zwalczać.
Nie dotyczyło to jedynie walki z obcą agenturą, taką jak komunistyczna partyzantka, ale także starć między różnymi nurtami polskiego podziemia. Walki, nieraz na śmierć i życie, toczyli przywódcy powstań narodowych i politycy emigracyjni podczas wojny.
Konflikt i konkurencja są wpisane w życie zorganizowanych społeczeństw od zawsze, podobnie jak walka o władzę. Tyle że innym udało się to nieco ucywilizować. Przejęcie władzy przez przeciwników w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Francji nie rodzi z miejsca dążenia, by wszystkich poprzedników zamknąć do więzienia, ich formacje odciąć od pieniędzy, a najlepiej rozwiązać.
Z drugiej strony, nie ma tam aż tylu głosów o jakiejś szczególnej potrzebie pojednania. Konflikt i walka polityczna są rzeczą bardziej naturalną. Czasami tłumaczone jest to tym, że po prostu… nie mieliśmy tak strasznych doświadczeń z wewnętrzną walką jak inni.
Nie mieliśmy wielkich wojen chłopskich, religijnych lub doświadczenia własnego okrutnego totalitaryzmu jak Niemcy. Nie mieliśmy krwawej rewolucji jak Francuzi, nie ścinano i nie mordowano u nas permanentnie królów, królewiąt, królowych jak w Anglii. A więc nie musieliśmy okiełznać swojego własnego okrucieństwa i dzikości, co zdaniem choćby historyka Paula Johnsona było jednym ze spoiw brytyjskiego systemu politycznego.
Prawdziwe okrucieństwo przychodziło z zewnątrz, a Polacy przez większość czasu w ciągu ostatnich trzech i pół wieku zmagali się z przeciwnikiem, który do dyskusji nie za bardzo się nadawał.
Chciał ich wynarodowić, zabrać ziemię, wygnać, czasem wymordować. Najbrutalniejszym rodzimym oprawcą byli ludzie, którzy z okupantami współpracowali, więc jesteśmy dość przewrażliwieni na punkcie zdrady. W takiej sytuacji trudno toczyć zwykłe spory.
Sprawiedliwość, jak ją rozumiemy
Te rozważania byłyby tylko teoretyczne, gdyby nie fakt, że dziś ta mentalność jest bardzo skutecznie wykorzystywana przez polityków w walce o władzę, ale też przeciwników, konkurentów i rozmaite zewnętrzne siły wobec Polski. Polskie społeczeństwo łatwo rozgrywać poprzez konflikt, dlatego używa się do tego często najbardziej cynicznych, chciwych i bezwzględnych ludzi.
Bo jeśli u nas już występuje konflikt, to toczy się on o sprawy podstawowe, z reguły buduje się wokół niego poczucie walki o godność i sprawiedliwość. Ma charakter rozprawy moralnej ze złem, a czynnikiem ubocznym jest frustracja, że… jest konflikt i nie ma pojednania.
Pojednanie ma zawsze nadejść dopiero jak ci z drugiej strony zostaną wyeliminowani, czego zresztą nie dało się uzyskać ani w czasie dyktatury, która nastała po zamachu majowym, ani w czasie podległych ZSRR peerelowskich rządów, ani po 1989 roku. Próby jednak trwają, bo doraźnie ta metoda świetnie działa.
Wiktor Świetlik











