Wielu Europejczyków nie miało pojęcia, co to jest Ceuta ani gdzie leży. W okamgnieniu to się zmieniło. Sceny ludzi, którzy z Maroka wdzierają się na terytorium Hiszpanii, były jak ze złego snu. Najpierw mówiono o 60 tysiącach, później o 80 tysiącach. W większości młodzi mężczyźni, często tylko w podkoszulkach i klapkach, dodawali surrealistycznego posmaku.
Jak się okazało, tak szybko jak się owe dziesiątki tysięcy ludzi pojawiły w granicach Ceuty, tak szybko zniknęły. Dziennikarze zdążyli jednak zapytać tego i owego Marokańczyka o powody przedziwnego wyścigu.
Obok łatwych do przewidzenia powodów, jak szukanie pracy, pojawiły się jednak i takie, jak chęć zagrania w piłkę nożną w Hiszpanii, która została mistrzem świata. Na Ceucie podobno pozostała garstka nielegalnych imigrantów. Maroko pomogło w odtransportowaniu własnych obywateli z powrotem. Utonęły 72 osoby.
A jednak, co się stało, to się stało. Przede wszystkim w krajach Unii Europejskiej wybuchła awantura. Zanim zdano sobie sprawę, że Ceuta nie jest w strefie Schengen, Włochy już ogłosiły, że w relacjach z Hiszpanią zawieszają obowiązywanie porozumienia o wolnym przepływie osób.
Przedstawiciele rządów Danii, Finlandii oraz innych krajów UE wręcz rzucili się do potępiania Hiszpanii za dziurawe granicę oraz prowadzenie "polityki przyciągania", czym nawiązywano do zakończonego niedawno zalegalizowania statusu nielegalnych imigrantów.
Ceuta i europejskie burdy
Premier Pedro Sánchez nie krył rozgoryczenia brakiem europejskiej solidarności. Włoskiej premier Giorgii Meloni ze strony Madrytu zarzucono, że pod presją nowej skrajnej prawicy z "Futuro Nazionale" wygaduje głupoty na temat granic oraz zagrożeń ze strony marokańskich imigrantów, którzy są poza Schengen.
Przypominano, że nie tak dawno temu w czasach kryzysu migracyjnego na włoskiej Lampedusie Rzymowi okazywano życzliwe wsparcie. Niemniej to głos włoskiej premier Meloni przeważył i dziś ministrowie zarywali urlopy, aby odbyło się nadzwyczajne spotkanie przedstawicieli 27 państw UE.
W obiegu jest list podpisany przez liderów 22 państw, w tym przez Polskę (ale np. nie przez Francję, Portugalię czy Luksemburg), w którym potępiono wszystkich i wszystko, co może zachęcać do nielegalnej imigracji.
W obliczu ostrych paneuropejskich pyskówek przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, zawczasu wezwała wszystkich do podejmowania "wspólnych działań" w sprawie wzmacniania granic.
Obecne spotkanie po Ceucie to niemal lustro klasy politycznej państw Unii Europejskiej. Przegląda się w nim wiele kryzysów jednocześnie. Z jednej strony ujrzymy w nim beznadziejne kunktatorstwo rządzących polityków. Zamiast przyjąć wielki europejski plan odsyłania nielegalnych imigrantów poza UE, zaatakowano Hiszpanię. Zadecydowały o tym nie wiedza, ale trendy w mediach społecznościowych, głównie z Chin i USA.
Gadanie w UE zastępuje działania. Zamykanie czy wzmożona kontrola granic, o którym mówiła Meloni, a które ostatnio wprowadzały Francja, Włochy czy Niemcy, to pustosłowie. Każdy, kto podróżuje, dobrze wie, że zdeterminowanych nielegalnych emigrantów to nie zatrzyma, bo kontrolowano ludzi na autostradach czy w pociągach. Realnie trzeba byłoby wznosić jakieś mury, ustawić żołnierzy i przywrócić fizyczne granice, czyli znieść strefę Schengen i - uwaga - ostro zbiednieć. Nikt o tym nie mówi, że zamknięcie granic to byłby wielki koszt dla kieszeni Europejczyków (zresztą nikt tego nie jest w stanie na serio policzyć).
Jak działać skutecznie
Co więcej, to w ogóle nie jest rozwiązanie. Ani nie jest to potrzebne. Państwa europejskie powinny zorganizować plan zatrzymywania migracji w państwach trzecich, jak to swego czasu zrobiono z Turcją. Aby nie ulegać szantażowi, o czym mówi część ekspertów, trzeba wprowadzić mechanizm natychmiastowego odsyłania ludzi z UE do państw trzecich, z którymi obecnie można byłoby podpisywać porozumienia.
Takich krajów powinno być więcej niż jeden, aby nie ulegać szantażom i podstępom (niestety, może to oznaczać, że owe porozumienia zawiera się z państwami niedemokratycznymi). Frontex powinien być przygotowany na automatyczne odsyłanie nielegalnych imigrantów w sytuacjach skrajnie kryzysowych. Inaczej polityka migracyjna UE to zawracanie głowy.
Jeśli odpowiednie działania nie zostaną podjęte szybko, partie skrajne, jak niemiecka AfD, będą surfowały na temacie - bo w 2026 większość Europejczyków interesuje w tej sprawie sprawczość. Jeśli one zdobędą władzę, problemu wcale nie rozwiążą, ale za to zafundują nam, np. prorosyjski kurs w Berlinie czy Paryżu.
Polska odniesie korzyść z tego kryzysu?
Eksperci także powinni zastanawiać się nad językiem komunikacji z obywatelami. Opowieści o tym, że spadła liczba nielegalnych przekroczeń granic UE (co jest prawdą), mało kogo interesuje, gdy widzi się sceny z Ceuty. Wyrzucanie komuś, że w tej sprawie kieruje się emocjami, a nie faktami, to dopiero jest brak realizmu.
Jednocześnie z pola widzenia zupełnie znika fakt, że w całej sprawie Rabat prawdopodobnie próbowało rozgrywać Hiszpanię. W tle bowiem są sprawy takie, jak uznanie Sahary Zachodniej za część Maroka, polityka wobec Algierii, która rywalizuje z Marokiem, ale dostarcza gaz do Europy itd.
O dziwo, w całej sprawie widać jednak jeden jaśniejszy punkt. Nagle w Europie Zachodniej zrozumieli, co oznacza instrumentalne używanie w polityce zagranicznej owych nieszczęsnych imigrantów.
Polityczną grę Maroka porównano bowiem do poczynań Turcji wobec Grecji, ale także do makiawelicznej polityki Białorusi oraz Rosji wobec Polski, krajów nadbałtyckich oraz Finlandii. Jak świat się zmienia, tak zmieniają się sposoby rywalizacji państw autorytarnych z demokracjami.
Po Ceucie - od Wschodu do Zachodu Unii Europejskiej - wreszcie uzmysłowiono sobie, że nielegalna migracja może być używana jako nowa "broń" nacisku przeciwko poszczególnym krajom. Graniczne podstępy Łukaszenki i Putina przestaną się wreszcie wydawać egzotyką z Europy Wschodniej. Oto paradoksalnie jeden powód, dla którego kryzys migracyjny jest… dla Polski korzystny.
Jarosław Kuisz

















