Jak Unia próbuje zarazić Polskę dziecięcą chorobą antyamerykanizmu. I dlaczego Polska nie powinna na to pozwolić
Nie ma żadnych dwóch Zachodów. Jest Ameryka, która mówi Europie "dorośnij i ogarnij się trochę". I jest Europa, która swoją histeryczną reakcją na Trumpa na każdym kroku dowodzi swojego zdziecinnienia. Polska zaś za żadne skarby nie powinna się dać wciągnąć w niemieckie czy francuskie anse wobec Ameryki. Z tego prostego powodu, że antyamerykanizm nie był i nie jest w naszym interesie.

W czasie szczytu ekonomicznego w Davos znowu mieliśmy powtórkę z rozrywki. Jak wieść niesie, amerykański sekretarz handlu Howard Lutnick został przez zachodnioeuropejskich współbiesiadników kolacji po prostu… wybuczany. A szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde miała wręcz demonstracyjnie opuścić spotkanie.
Dlaczego? Cóż takiego strasznego zrobił gość z Ameryki? Otóż miał mały spicz, w którym ośmielił się powiedzieć tak straszne rzeczy jak to, że kapitalizm i globalizacja niszczą Zachód, więc wymagają ostrego ściągnięcia cugli. I że jest w mieście nowy szeryf, który już zaczął to robić.
Lutnick powiedział też, że transformacja energetyczna oparta na odchodzeniu od paliw kopalnych to ślepa uliczka i Ameryka położy kres temu szaleństwu.
Reakcją była histeria. Dokładnie taka sama, jak rok temu na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, gdy wiceprezydent JD Vance powiedział ważnym, unijnym przywódcom, że muszą wziąć trochę odpowiedzialności za swoje własne bezpieczeństwo, a nie tylko liczyć, że Ameryka jakoś to załatwi. Albo że nie da się jednocześnie stroić w szaty ostatnich obrońców demokracji i w tym samym czasie zwalczać wolność słowa, wyciszając inaczej myślących przy pomocy unijnych dyrektyw o mowie nienawiści.
"Zły Trump coś tam gada". Europa niczego się nie nauczyła
Możemy się cofać oczywiście jeszcze dalej. I przypominać czasy pierwszego Trumpa, gdy w roku 2018 w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ prezydent USA otwartym tekstem mówił delegacji niemieckiej, że ich polityka energetyczna wpycha Europę w uzależnienie od rosyjskiego gazu, za co wszyscy słono zapłacimy.
Można wreszcie wspomnieć, że to nie kto inny, jak Donald Trump w czasie swojej pierwszej kadencji zaczął bić na alarm w temacie postępującego uzależnienia Zachodu od chińskich dostaw metali ziem rzadkich - surowca koniecznego do produkcji wszystkiego, od elektroniki użytkowej po silniki odrzutowe.
Bo tak się składa, że od końca zimnej wojny do roku 2015 udział Ameryki w produkcji tychże metali spadł z 30 do 5 proc. I dopiero po ostrej interwencji Trumpa wzrósł na koniec jego pierwszych rządów do dzisiejszych 12 proc. O uzależnieniu Europy od Chin w tej kwestii nawet nie wspominam, bo jest ona totalna. Choć Europa mogłaby te surowce wydobywać (choćby na Grenlandii) - woli jednak zasypiać gruszki w popiele.
Wtedy też reakcja była taka jak dziś. Zły Trump coś tam gada i generalnie psuje nam wszystkim dobre humorki. Dlatego będziemy na niego tupać nóżką, wymyślać na niego kolejne przezwiska i jeszcze się wzajemnie utwierdzać w przekonaniu, że takie postępowanie jest wyrazem troski o demokrację, wolność i suwerenność Europy.
Guzik prawda. Europejskie elity liberalne nie troszczą się o żadną z tych wartości. Tak naprawdę chodzi im tylko o to, żeby im nikt nie psuł błogiego spokoju i by nikt nie mówił im rzeczy, których nie chcą słuchać. W tym tego najważniejszego - że w samej Europie dojrzewa fala gniewu przeciwko długoletniej politycznej dominacji tegoż liberalnego kółeczka wzajemnej adoracji.
W jego ramach przeróżni socjaldemokraci, chadecy, liberałowie i zieloni zamieniają się u władzy, tak naprawdę nie zmieniając niczego. Hollande mutuje w Macrona, Merkel w Scholza, a ten w Merza. Von der Leyen, Draghi, Lagarde też tworzą jedną coraz trudniejszą do odróżnienia masę, nie oferując żadnej alternatywy.
Raz na jakiś czas ten kartel musi odnowić swój mandat wyborczy i wtedy w ruch idą wszystkie brudne tricki - zohydzanie konkurentów, wmawianie im powiązań z Kremlem, instrumentalne traktowanie praworządności, mrożenie pieniędzy, powtarzanie wyborów, ściganie "mowy nienawiści". Byle nie podzielić się realną władzą.
Polska potrzebuje Trumpa?
Trump - i w ogóle Ameryka - jest jedyną siłą, z którą ta klika musi się liczyć. Musi, bo Europa jest zależna od Ameryki w kwestii bezpieczeństwa. Bez Ameryki rosyjskie czołgi w tydzień zajęłyby stary kontynent po jego wszystkie koniuszki. A Xi z Putinem mogliby dyktować Niemcom, Francuzom i innym, czy skończy się tylko na rodzaju protektoratu, czy też na czymś znacznie gorszym.
Tak, Ameryka irytuje. Irytuje Niemców, bo przypomina im, czym skończyło się ich poprzednie podejście do wzięcia pełnej odpowiedzialności za kontynent. I irytuje Francuzów, bo uświadamia im, że już od dawna nie są globalnym mocarstwem, a to, co czują, to tylko bóle fantomowe po utraconym imperium.
To wszystko nie jest jednak polskim punktem widzenia. Bo Polska jest Polską. Leży gdzie indziej niż Niemcy czy Francja. I ma inną niż Niemcy i Francja historię. To Polska jest też krajem frontowym NATO, który najmocniej odczuje, jeżeli do starcia Sojuszu z Rosją (choćby tylko w okrojonej formie) miałoby kiedyś w Europie dojść.
Z tej mieszanki geopolityki, geografii i historii płynie prosta lekcja. Antyamerykanizm nie leży w polskim interesie. Polsce powinno zależeć na mocnej obecności USA na wschodniej flance NATO i powinno jej zależeć na Ameryce, która nie boi się odgrywać roli światowego supermocarstwa.
I tak się składa, że akurat te dwie rzeczy Donald Trump nam gwarantuje. Cała reszta jest zaś tylko nieistotnym publicystycznym przypisem.
Europejskie kserowanie obcych idei
W tej sytuacji trudno mi zrozumieć tych polskich polityków oraz komentatorów, którzy lansują tezy o "pękniętym Zachodzie", pompują przekonanie, że musimy wybierać pomiędzy Europą, a Ameryką, a czasem nawet godzą się na przedstawianie USA jako takiego samego rywala jak Rosja czy Chiny.
Ci, co tak robią, wpisują się w długą (niestety) tradycję kserowania obcych idei. To jest to samo zjawisko, co kiedyś ze skserowaną i bezmyślnie zastosowaną w Polsce, neoliberalną terapią szokową. A potem z importem (jak się okazało kosztownym) zielonej transformacji na nasz polski grunt. Ani jedno, ani drugie nie było "nasze" - w tym sensie, że nie było zgodne z dobrze pojętym polskim interesem. A jednak te idee do nas przeszczepiono, zaś ich koszty ponosimy do dziś.
I analogicznie - to, że antyamerykanizm rozkwita w Niemczech czy we Francji, nie znaczy, że jest to idea nasza. Ona jest właśnie "nie nasza" - dlatego nie należy jej kserować i papugować.
Proste.
Rafał Woś

















