Nieraz nabijałem się z posła Sterczewskiego i zrobiłbym to jeszcze, a nawet z dużą dozą prawdopodobieństwa będę to robił w przyszłości. Symbolizuje dla mnie to, co jest przekleństwem dzisiejszej polityki - aktywizm zamiast przemyślanej działalności, jest atencjuszem, jego gonitwy z pizzą przed szpalerem strażników broniących polskiej granicy wschodniej były Himalajami politycznej żenady.
Ale w sytuacji, kiedy pan Franek (używam zdrobnienia, bo on sam tak robi) jest przetrzymywany, a jego status, okoliczności zatrzymania i w sumie przyszłość nie do końca określone, jest jedna osoba, która powinna na pewno wstrzymać się od żartów. Jest nią Radek (zdrobnienie - jak wyżej) Sikorski.
Franek poza nartostradą
Franciszek Sterczewski wygląda na człowieka sympatycznego, ale rzucającego się od inicjatywy do inicjatywy, od lewicowej mody do lewicowej mody, bez głębszej analizy celów i metod. Mówiąc krótko, jest człowiekiem, wobec którego łatwo użyć argumentu - nie musimy mu pomagać, nadmiernie dbać o niego, bo sam sobie winny, a do tego zaraz się wpakuje w kolejne kłopoty.
Kusi, by go potraktować trochę tak jak narciarzy na dzikich trasach traktują zakłady ubezpieczeniowe - w umowie jasno stało, że zapłacimy za helikopter ratowniczy, ale tylko na terenie wyznaczonej, legalnej nartostrady.
W dużym stopniu wykorzystywane jest to zarówno przez ministra spraw zagranicznych jak i liczne grono komentatorów. Owszem, polski MSZ deklaruje, że podejmuje działania w sprawie zatrzymanych Polaków (to w końcu więcej osób), ale równocześnie jego szef pozwala sobie na żarty w stylu, że "nie ma zakładników na wymianę". A niektórzy pozwalają sobie już na dużo mniej przyjemne komentarze w stylu profesora Jana Hartmana życzącego Sterczewskiemu, by gnił w izraelskim więzieniu. Nieraz historia dowodziła, że lewicowiec lewicowcowi potrafi być wilkiem.
Tylko że takie podejście rodzi bardzo poważne ryzyko tego, że po prostu państwo przestanie w pewnym momencie pomagać swoim rodakom za granicą, w trudnych regionach, realizującym rozmaite trudne misje, które siłą rzeczy odbywają się na krawędzi lub ze złamaniem miejscowego prawa czy zaleceń naszego MSZ, "by wyjechać".
Siedzieć w domu na…
By nie być gołosłownym, od miesiąca reżim Aleksandra Łukaszenki przetrzymuje polskiego zakonnika, karmelitę, ojca Gawła oskarżonego o szpiegostwo. W pierwszym odruchu także jedno z dużych mediów, znanych z raczej krytycznego stosunku do Kościoła, zaczęło pisać, że zakonnik został pomimo ostrzeżeń MSZ. Zapewne gdyby wyjechał, można byłoby mu zarzucić, że tchórzliwie porzucił swoje białoruskie "owieczki".
Reżim Łukaszenki więzi od dawna dziennikarza Andrzeja Poczobuta i inne osoby. A oczekiwanie, by Polacy w ogóle powstrzymali się od podróży do sąsiedniego kraju, w którym mieszka 300 tysięcy osób pochodzenia polskiego, z którym mamy ogromną wymianę społeczną (mieszane rodziny, czasem rozbite od "przedwojnia") jest niedorzeczne.
Nie dość tego, apele typu: nie jeźdźcie, nie angażujcie się, słuchajcie ostrzeżeń, działacie na własną odpowiedzialność, są niestety szkodliwe i wpisują się w jedno z największych zaniechań polskiej polityki zagranicznej (a w sumie wewnętrznej) po 1989 roku.
Indiany Jonesa by nie było
Chodzi przede wszystkim o pozostawienie samymi sobie Polaków, którzy żyją za granicą, przede wszystkim w krajach byłego ZSRR. Nie licząc skromnej działalności kilku fundacji, drobnych środków budżetowych i słusznego, ale niewystarczającego gestu, jakim było przyznawanie kart Polaka, Polska zrobiła niewiele i ludzie, nasi krewni ze Wschodu po prostu są sukcesywnie zapominani i wynaradawiani z polskości, a mowa w sumie o setkach tysięcy, jeśli nie o milionie osób.
Jak państwo ma działać na ich korzyść i umacniać polskość na Białorusi albo na Ukrainie, jak na jedną i drugą odradza się wyjazdów? Co dopiero w Rosji?
Kolejną sprawą jest kwestia zaangażowań humanitarnych, geopolitycznych i naukowych, które regularnie sprowadzają na jakichś Polaków problemy, a to na Kaukazie, a to w Iranie, a to w Syrii lub innych częściach świata. Pod tym względem Indiana Jones jest trochę prawdą. Gdyby archeolodzy i naukowcy nie jeździli "tam, gdzie nie wolno", pokaźna część historii starożytnej pozostałaby ukryta w piaskach.
Jeszcze bardziej istotna jest kwestia humanitarna. Abstrahując od opinii i sympatii w kwestii problemy bliskowschodniego, to katastrofa humanitarna wywołana wojną jest faktem i ktoś z pomocą powinien docierać tam, gdzie trzeba. Wątpliwe, by zrobił to pan Sterczewski i jego lans na Morzu Śródziemnym przypominający wesołą wycieczkę szkolną. Ale wypięcie się dziś na niego niestety stworzy precedens, by wypiąć się na innych.
W sumie więc misję pana byłego posła Franka i jego politycznych, aktywistycznych przyjaciół, oceniam jako skrajnie szkodliwą. Ale rolą państwa polskiego jest jak najszybciej ich wydobyć z izraelskiego aresztu. Prawdopodobnie po prostu ich niezbyt produktywne funkcjonowanie jest pewnym kosztem, który musimy jako społeczeństwo i państwo ponieść by nie wylać z kąpielą spraw ważniejszych.
Wiktor Świetlik

















