"IPN bez głowy" będzie trwać. Tusk nie ustąpi, nawet przy buncie PSL
Kolejny kandydat na prezesa IPN Mateusz Szpytma wygrał w sejmowej komisji, ale funkcji raczej nie zdobędzie. Koalicję do nieustępliwości zachęcają liberalni i lewicowi historycy.

Trochę zapomnieliśmy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nie jest on zagrożony likwidacją. Wymagałoby to ustawy, którą zawetowałby były prezes IPN, teraz prezydent Karol Nawrocki. Zresztą nawet w obecnym Sejmie nie ma większości dla takiej decyzji. Politycy PSL wiele razy powtarzali, że na taki krok się nie zgodzą.
Zarazem IPN jest od odejścia z niego Nawrockiego pozbawiony głowy. Kandydata na jego następcę zgłasza Kolegium IPN. To ludzie wybrani za czasów poprzedniej władzy, więc kojarzeni z prawicowym punktem widzenia. Potem muszą go zatwierdzić Sejm i Senat, czego nie da się przeprowadzić bez zgody choć części rządzącej koalicji.
Pierwsze podejście z Karolem Polejowskim, który pełni obowiązki szefa, się nie udało. Posłowie go odrzucili. Teraz kolejnym kandydatem jest doktor Mateusz Szpytma. Był jednym z wiceprezesów tej instytucji za Jarosława Szarka i za Karola Nawrockiego.
IPN. Czy będzie nowy prezes?
I oto sejmowa Komisja Sprawiedliwości opowiedziała się za Szpytmą. "Za" głosowało 21 posłów, "przeciw" 13. Stało się tak pomimo ataków na niego ze strony posłów KO.
Najbardziej wyrazistym oskarżycielem okazał się zresztą dawny członek Polski 2050 i dziennikarz sportowy Tomasz Zimoch.
- Kolegium IPN wysuwa na stanowisko prezesa kolejną osobę o podobnym profilu politycznym, licząc, że uda się ją gładko przeprowadzić przez parlament. (...) Ten kandydat, niestety, gwarantuje ciągłość dotychczasowej polityki IPN, po to żeby bezpiecznie przetrwać do kolejnych wyborów - mówił.
Skąd taki wynik? Przede wszystkim z powodu nieobecności posłów Lewicy, którzy pojechali na pogrzeb posła Łukasza Litewki. "Za" głosowało 16 posłów PiS, dwóch z PSL, jeden z Konfederacji, jeden z Polski 2050 i jeden z koła Demokracja.
Szpytma miał zawsze dobre relacje z ludowcami, badał dzieje Mikołajczykowskiego PSL. Tej partii podobała się również jego rola w upamiętnianiu rodziny Ulmów, zamordowanej przez Niemców za ukrywanie Żydów.
Wiceprezes IPN pochodzi skądinąd z Markowej, gdzie to wszystko się zdarzyło. Czy klub Władysława Kosiniaka-Kamysza odważyłby się poprzeć wraz z prawicą nie tak znów odległego od ich wizji historii człowieka? To także ich głosami przeszedł przed laty Karol Nawrocki.
Nie bardzo wierzę w taki obrót zdarzeń. Tusk jest zwolennikiem eliminowania każdego, kto swoją funkcję zawdzięcza poprzedniej władzy, a w tym przypadku można mówić o szczególnie symbolicznej rozprawie z "ludźmi Nawrockiego".
Bardziej prawdopodobne, że znajdzie narzędzia koalicyjnej presji, także na ludowców. Gdyby zaś jakimś cudem opozycja przyklepała kandydaturę Szpytmy wraz z PSL w Sejmie, jest to nie do osiągnięcia w Senacie, gdzie ludowców prawie nie ma.
Ciekawe wydało mi się na marginesie coś innego. Oto przed głosowaniem pojawił się apel historyków aby Szpytmy nie wybierać. Najpierw było ich kilkunastu, m.in. Paweł Machcewicz, Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Marcin Kula czy Barbara Engelking. Potem ta liczba urosła do 170, przy czym obok badaczy historii pojawili się sygnatariusze spoza tej korporacji: m.in. filozof kultury Andrzej Leder, dziennikarka Małgorzata Szejnert, a nawet były ksiądz Stanisław Obirek.
Mateusz Szpytna prezesem IPN? Kto upolityczniony, kto niezależny?
Co napisali autorzy listu?
Według nich "w ostatnich dziesięciu latach IPN (...) zamiast dialogu oferuje w głównej mierze monolog na temat najnowszych dziejów Polski, wpisujący się w bieżące zapotrzebowania formułowane przez środowiska prawicowe, a nierzadko również skrajnie prawicowe". Pojawiły się oskarżenia o zatrudnianie osób, związanych właśnie ze skrajną prawicą, a zwalnianie "niezależnych".
Zatrzymajmy się przy oskarżeniu o "upolitycznienie" czy "upartyjnienie" IPN. Istotnie, kiedy Instytut powstawał, jego kadra reprezentowała szerokie spektrum ideowe - symbolicznie od Pawła Machcewicza po Sławomira Cenckiewicza. Ta względna jedność oparta była na łączącym wszystkim zamiarze odsłaniania tajemnic epoki komunizmu. Potem narosły w tym gronie spory.
Znaczna część obecnych sygnatariuszy listu zaczęła na przykład głosić tezę, że sama polityka historyczna jest czymś co najmniej dyskusyjnym. Mówili to często w reakcji na przegięcia polityki historycznej z czasów prawicy, np. nadmiernej koncentracji na dziejach antykomunistycznych partyzantów, tzw. wyklętych.
Dziś są nieufni wobec edukacyjnych funkcji IPN. Godzą się najwyżej na pozostawienie mu roli instytutu badawczego. Jest to spór uprawiony, ale czy to oznacza, że rzecznicy jednego poglądu są "upartyjnieni", a rzecznicy drugiego "obiektywni" i "niezależni"? Ci drudzy reprezentują po prostu inną, też związaną z polityką, koncepcję pokazywania i rozmawiania o historii.
Z całym szacunkiem, ale czy gwarantem odpartyjnienia miałby być prof. Antoni Dudek, stały komentator polityczny, mocno zaangażowany w kampanię przeciw Nawrockiemu? A czy można tak mówić o Pawle Machcewiczu, skądinąd znakomitym historyku (polecam jego ostatnią książkę "Narodowy komunizm po polsku")? Był doradcą ds. historycznych premiera Tuska podczas jego pierwszej kadencji.
Jego pomysł na Muzeum II Wojny Światowej nie był politycznie neutralny. Został później zastąpiony przez inny zaangażowany pomysł - Karola Nawrockiego.
Do tego dochodzą spory o poszczególne fragmenty polskiej historii. Twórca muzeum rodziny Ulmów musi być niestrawny dla prof. Engelking, która stara się przedstawiać II wojnę światową jako czas wielkiej opresji Żydów, krzywdzonych przez Polaków. Prawica ma z tym kłopot, za to lewica i liberałowie takie zjawiska wyolbrzymiają.
Spór o IPN jak walka o media publiczne
Autorzy tego listu powinni otwarcie powiedzieć: "Dosyć już prawicowej wersji historii, czas na naszą, liberalno-lewicową, pełną krytycyzmu wobec Polaków". Oni jednak wolą opowiadać o swoich oponentach jako partyjnych funkcjonariuszach, o sobie jako o ludziach obiektywnych i niezależnych.
To przypomina spór o media publiczne. Prawicowi dziennikarze uważali się za nosicieli obiektywizmu, choć popierali opcję PiS. Ich następcy z kręgów obecnej koalicji nazywają "odpolitycznieniem" realizację linii Donalda Tuska. Obie strony wydają się być przekonane, że politykom wysługują się tamci. My zaś głosimy tylko obiektywną prawdę. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta prawda to nasze polityczne poglądy, nigdy ich.
Wątpię aby Szpytmie udało się wyminąć tę logikę. Jeśli bym mu życzył zwycięstwa to z dwóch powodów. Po pierwsze pośród historyków, kojarzonych z obiema stronami, jest naprawdę koncyliacyjny, skłonny do szanowania różnych poglądów. Flirtując z ludowcami, on osobiście bardziej łączył niż dzielił.
Po drugie zaś gdyby koalicja zdołała przepchnąć swojego historyka jako nowego szefa tej struktury, mógłby to być człowiek nieprzekonany do jakiegokolwiek promowania polskiej historii, a warto ją promować i to w samej Polsce. Czy zrobilibyśmy szefem klubu sportowego kogoś, kto ma kłopot z polubieniem sportu?
Koalicja mogłaby w teorii wybrać swojego prezesa, gdyby Sejm odwołał obecne Kolegium IPN, rwąc jego kadencję - wbrew prawu. Ekipa Tuska robiła to wiele razy, ale w tym przypadku cel może im się wydawać nie na tyle istotny aby prowokować kolejną burzę. Czeka nas raczej, przynajmniej do wyborów 2027 roku, IPN bez głowy, pozbawiany części budżetowych środków i lekceważony, ale zamrożony w obecnej postaci. Niestety odrodzenia solidarności między historykami o różnych przekonaniach i wizjach nie przewiduję.
Piotr Zaremba
















