Im Rosja słabsza, tym mocniejsze spory polsko-ukraińskie
Od rozpadu ZSRR Polskę i Ukrainę najbardziej jednoczył nie tyle wzajemny szacunek dla kultur czy współpraca, ile strach przed Moskwą. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy Rosja wydaje się słaba, zaś Ukraina mocniejsza. Natychmiast na wierzch wypływa tona niezałatwionych spraw, zadawnionych urazów i sporów.

Od kilku tygodni analitycy militarni analizują przełom na froncie wojny. Ku zdumieniu wielu osób, po ciężkiej zimie armia ukraińska przeszła do działań ofensywnych. Odzyskano część terytorium. Trwa blokada Floty Czarnomorskiej. Odcięto Krym od dostaw paliwa. Ataki dronowe zakłóciły forum ekonomiczne w Petersburgu, co miało wartość wizualnego symbolu.
Ewidentnie Kijów zyskał więcej pewności siebie. Domaga się teraz od sojuszników broni, dzięki której będzie można skuteczniej bronić ludność cywilną przed codziennymi atakami z nieba. Albowiem mimo wspomnianych sukcesów bez przerwy na miasta spadają rosyjskie drony i rakiety.
Generalnie wyczuwa się zmianę nastroju - i aż chciałoby się powiedzieć: który to już raz! Początkowo, w 2022 roku, Ukraina miała przegrać wobec nawały przeważających sił rosyjskich. Rzeczywiście, utracono Mariupol i inne miasta. Jednakże wojska rosyjskie odepchnięto, linia frontu ustabilizowała się. I od tego czasu trwają próby działań ofensywnych oraz spekulacje, kto kogo pokona w wojnie na wyniszczenie.
Obecnie znów ruszyła fala spekulacji na temat tego, że reżym Putina może się zachwiać.
Słusznie czy nie, brytyjski "Financial Times" opublikował właśnie redakcyjny tekst o tym, jak błyskawicznie topnieją globalne wpływy Rosji Władimira Putina. Pretekstem jest oczywiście wygranie wyborów przez zwolenników zbliżenia Armenii z Europą i USA. Moskwa wyraźnie sprzeciwiła się pomysłom przywódcy Armenii, Nikola Paszyniana. Zgodnie z dobrze znanym scenariuszem zaczęła się cała seria nacisków w świecie cyfrowym i rzeczywistym. Ruszyły dezinformacja i groźby. Zamknięto rynek dla armeńskich produktów. A jednak wyborcy nie przestraszyli się.
Najwyraźniej doświadczenia oraz obserwowanie krwawej wojny w Ukrainie dały im dostatecznie dużo do myślenia. "Russkij Mir" nie działa ani jako pokój, ani jako wojna.
Polska poza stołem
Prezydent Zełenski udał się do Londynu po sojuszniczą pomoc Zachodniej Europy. O przyszłości odbyły się rozmowy w towarzystwie przywódców tzw. grupy E3: Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Dopiero na tym tle można zrozumieć polsko-ukraińskie dyskusje o przeszłości.
Gołym okiem widać, że im Rosja Putina wydaje się słabsza militarnie, tym mocniejsze stają się polsko-ukraińskie spory o historię. Od rozpadu ZSRR najbardziej jednoczył nas bowiem nie tyle wzajemny szacunek dla kultur czy współpraca, ile strach przed Moskwą.
Cała koncepcja polskiej polityki wschodniej ULB, którą w Paryżu wykuł duet Mieroszewski-Giedroyć, opierała się w istocie na strachu. Wielkodusznie "oferowano" rezygnację z Kresów, jednakże spodem płynęła dwuznaczna melodia - Ukraina, Białoruś, a nawet Litwa miały być państwami buforowymi.
Przypomnijmy, że od czasów ministra Skubiszewskiego ULB była nieoficjalnie oficjalną doktryną naszej polityki zagranicznej na wschodzie. Kolejne brewerie Rosji Putina - od drugiej wojny w Czeczenii, przez atak na Gruzję, aż po najazd na Ukrainę w 2014 roku - wyłącznie potwierdzały słuszność obranego kierunku.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy Rosja wydaje się słaba, zaś Ukraina mocniejsza. Natychmiast na wierzch wypływa tona niezałatwionych spraw, zadawnionych urazów i sporów. Stąd odmrożone - z lodów komunistycznej cenzury - spory o przeszłość wykazują tak wielką siłę dzielenia narodów. Dialogu liderów było mało. Dialogu między narodami o bolesnej przeszłości - w ogóle.
Dramatyczny zwrot na prawicy
Na prawicy nastąpiła cała zmiana kierunku, choć nikt o tym głośno nie mówi. Lech Kaczyński jednał się z prezydentem Ukrainy w Pawłokomie. Andrzej Duda wręczał Order Orła Białego. Karol Nawrocki zasadniczo okazuje wrogość. Trzech polityków unaocznia dramatyczny zwrot na polskiej prawicy. Zupełnie pomijam chamstwo debat odbywających się poniżej poziomu Pałacu Prezydenckiego. W Polsce nikt nie przejmuje się przemianami społeczeństwa ukraińskiego w czasie wojny.
Można odnieść wrażenie, że podobnie ukraińscy liderzy coraz mniej przejmują się polską wrażliwością. Być może słabnąca Rosja sprawia, że Kijów chce odreagować lata stresu. Być może nie tylko pod naszym adresem.
Pouczające jest, że podczas wizyty w Wielkiej Brytanii prezydent Zełenski zdążył dokonać ingerencji w brytyjską politykę wewnętrzną i skrytykować decyzję radnych z partii Reform UK o zdjęciu ukraińskich flag w hrabstwach Suffolk, Essex i Norfolk. Od czasu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w 2022 roku - jak przypomina "The Times" - powiewały one na wielu budynkach publicznych. Zełenski stwierdził, że "małe błędy mogą zniszczyć wielką przyjaźń". To odreagowanie wojny wydaje się jednocześnie zrozumiałe i przesadne.
Jednakże nasza geografia i historia się nie zmienią. Wątpliwe jest to, aby rosyjska kultura ekspansji imperialnej nagle wyparowała. Dezinformacja Kremla nie ustanie. W Polsce mało kto przeczytał eseje Putina, zatem warto przypomnieć, że to właśnie ten polityk kilka lat temu wspominał o Wołyniu w sposób mający zasiać niezgodę. Niczego nie ukrywał. Robił to publicznie. Później to zadanie podjęły trolle. I nie odpuściły.
Klej ze strachu i traum
W 2022 roku nasza solidarność wobec Ukrainy była szlachetnym odruchem serca. Nie powinno się o niej zapominać. To było dużo, bardzo dużo - na tle krwawej historii - i to od połowy XVII wieku.
Jednakże klej ze strachu i traum ma swoje ograniczenia. Mam wrażenie, że, choć wojna trwa ponad 10 lat, mało wzajemnie się rozumiemy. Niczego nie przerozmawiano. Niemal niczego społecznie nie wyjaśniono. Większość Ukraińców w ogóle nie wie, co się zdarzyło na Wołyniu. Polacy nie interesują się, jak okrutna wojna z Putinem zmienia ukraińskie społeczeństwo. Dominują mocne stereotypy z ponurej przeszłości - i związane z nimi odruchy zbiorowe.
Stąd ten dziwny wniosek: im Rosja Putina wydaje się słaba militarnie, tym mocniejsze będą polsko-ukraińskie spory o historię. A może nawet to dopiero początek wielkich kontrowersji.
Jarosław Kuisz















