Reklama

Reklama

Igrzysk i igrzysk

Wysłuchałem z uwagą niedzielnego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego w Pabianicach i po raz kolejny przekonałem się, że inna polityka, merytoryczna, poważna, realna - przynajmniej w czasach rządów PiS - nie jest możliwa, ponieważ po prostu nikogo nie interesuje. Ludzi interesują igrzyska, i to niekoniecznie dlatego, że drożeje chleb. Ale z pewnością pomimo tego, że Polska stacza się w smętną autokrację, w której standardem jest połamana konstytucja.

Lamentowanie w tych popkulturowych i populistycznych czasach, że liczy się prawdziwa opowieść, trzeba wrócić do głębokiej debaty, odbudować umowę społeczną, będące udziałem pięknoduchów i naiwniaków - w tym mnie - nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Współcześni politycy są jak telewizja: sprzedają to, czego łaknie lud, nawet jeśli jest to kompletny chłam, rozrywka niskich lotów lub resentyment. Z pewnością nie pragną zmieniać świata na lepsze, choć raczej dlatego, że brakuje adresatów takiego podejścia, a nie dlatego, że nie byliby w stanie tego robić. Mężowie stanu, którzy potrafiliby porwać obywateli wielką ideą, śpią albo wyparowali, bo mało kto na wielkie idee dziś czeka. 

Reklama

Kaczyński, doskonale odnajdujący się w takiej rzeczywistości, sięgnął więc po ulubiony chwyt i podzielił świat polityczny na pół. Po jednej stronie - w tej cynicznej fantazji - jest "partia polska", patrioci i reformatorzy, a po drogiej stronie - "partia niemiecka", kosmopolici i zdrajcy. Po jego stronie są prawdziwi chrześcijanie, a po przeciwnej - permisywizm i ateizm. Po stronie PiS jest prawda i dobro, po stronie opozycji kłamstwo i zło. I tak dalej. W świecie utkanym z tak infantylnej, a zarazem brutalnej i przez to atrakcyjnej przędzy, to właśnie aktualna partia władzy ma większe szanse w starciu z opozycją, nawet jeśli opozycja zdobędzie tytuł moralnego zwycięzcy.

Dlaczego? Bo opozycja - także dzieląc świat polityczny na pół, ale inaczej, bo nie przy użyciu najprostszych emocji, tylko racjonalnych argumentów - po prostu jest w tym mniej sexy, niż PiS. Cóż może być bowiem bardzo atrakcyjnego w podziale na łamaczy prawa i miłośników praworządności? Albo na nietolerancyjnych i tolerancyjnych? Czy wreszcie na przeciwników silnej Unii Europejskiej i zwolenników integracji oraz siły cywilizowanego Zachodu? Nie chcę przez to powiedzieć, że opozycja powinna rozpocząć rywalizację o to, kto ma bardziej ponętny strój barbarzyńcy. Pragnę jedynie zauważyć, że kurczy się tradycyjny rynek liberalnej demokracji i zamienia w bokserski ring bez zasad.

Lider PiS w Pabianicach podzielił się ze swoją publicznością jeszcze inną godną odnotowania informacją. Zapytany, co będzie, jeśli po wyborach PiS będzie musiał dobrać sobie koalicjanta, żeby móc rządzić, odparł, że w takiej sytuacji na pewno rozpocznie się pewna gra, o szczegółach której nic nie powie, żeby czegoś przedwcześnie nie zdradzić. Niby nic szczególnego, każdy polityk mógłby coś takiego powiedzieć, ale widząc skłóconą opozycję, która - wiele na to wskazuje - pójdzie do wyborów na kilku listach, można zastanawiać się, kogo prezes PiS ma na myśli. Radykalną prawicę czy radykalną lewicę, które w równym stopniu nie lubią "partii niemieckiej" za jej liberalizm - odpowiednio obyczajowy i gospodarczy?

Z łezką w oku zerknąłem w ostatnich dniach na kilka archiwalnych odcinków emitowanego na przełomie lat 80. i 90. XX w. programu TVP "Sto pytań do...". Publiczność złożona z dziennikarzy wszystkich możliwych opcji odpytywała w nim zaproszonego gościa w sposób nieustępliwy, kulturalny, inteligentny i głęboki. Rzecz obecnie - gdy dociekliwość została zastąpiona przez napastliwość, a szerokie spojrzenie przez oczy szeroko zamknięte - zupełnie niebywała. Jarosław Kaczyński - wówczas niecieszący się dużym poparciem szef kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy - doskonale sobie w tym programie poradził, choć tak samo dzielił świat polityczny na pół. Wtedy jednak takie igrzyska były dyscypliną niszową. Dziś płyną głównym nurtem.

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy