Historia upadku SOP. Mieli chronić, a trzeba chronić przed nimi
Brak kontroli, nepotyzm i przymykanie oczu na tych, którzy są najbliżej ludzi władzy i najwięcej o nich wiedzą. Ale dopiero kilka skandali i tragedia sprawiły, że problemów ze Służbą Ochrony Państwa może nie udać się "przeczekać jak zawsze".

Tragedia w Ustce (czytaj więcej na ten temat) mogłaby być jednostkową zbrodnią, która w każdej strukturze może się zdarzyć.
To jednak tylko fragment dłuższej serii wskazówek, że formacja, która ma chronić polskich VIP-ów, sama czasem stanowi zagrożenie. SOP jest unikatową służbą i po części problem dotyczy tylko jej. Ale po części dotyczy całego państwa.
SOP. Pogróżki i gubienie aut
Przed tygodniem ujawniono informacje, wedle których inny funkcjonariusz miał grozić dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi porwaniem, połamaniem nóg, polaniem zwłok ropą, a także (obrońcy zwierząt, gdzie jesteście?) zamordowaniem psów.
Zaraz potem ogłoszono rezultaty audytu w SOP, po którym zwolniono kilku wysokich oficerów. Kontrola wykazała nieprawidłowości finansowe, kadrowe i błędy w planach ochrony.
A przecież nie mówimy o wielkiej strukturze jak policja czy wojsko, tylko o około trzech tysiącach funkcjonariuszy. To tak, jakby wszystko to działo się w jednej niedużej komendzie wojewódzkiej policji.
SOP nie budzi zaufania w Pałacu Prezydenckim i ma to długą historię. Sama struktura sprawiająca, że ochrona głowy państwa podlega szefowi MSWiA, w momentach "trudnej kohabitacji" sprawiała, że służba ta była podejrzewana o brak lojalności.
Tak było za czasów Lecha Kaczyńskiego, kiedy to ówczesny BOR podlegał politykowi PO Grzegorzowi Schetynie. W pewnym momencie, po odwołaniu mającego dobre relacje z prezydentem szefa jego ochrony Krzysztofa Olszowca, głowa państwa ogłosiła, że… rezygnuje z ochrony podczas wizyt międzynarodowych.
W Andrzeja Dudę ten problem uderzył nawet mocniej. Krótko po przejęciu władzy przez obecną koalicję prezydent dał schronienie dwóm politykom PiS, a zarazem osobistym wrogom Donalda Tuska. Nie wnikając już w detale sprawy, którą każdy pamięta, był to także niezwykle osobisty, ambicjonalny konflikt między dwoma obozami władzy. Brak reakcji ze strony ochrony Pałacu Prezydenckiego w momencie zatrzymywania tam Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika został odebrany jako brak kontroli nad własną ochroną przez głowę państwa.
Paradoksalnie i Donald Tusk ma powody do narzekania, bo SOP nie był w stanie upilnować samochodu jego rodziny. Miało to być bezpośrednim powodem dymisji i audytów.
Kto załatwił Szymona Hołownię
Skoro nikomu się nie podoba, to czemu jest, jak jest? W 2018 roku Prawo i Sprawiedliwość przekształciło Biuro Ochrony Rządu w SOP, co miało doprowadzić do zasadniczej reformy tej służby. Okazało się, że nazwa się zmieniła, ale problemy zostały. Niektóre z nich są faktycznie trudne do rozwiązania ze względu na wyjątkowy charakter tej formacji.
Funkcjonariusze SOP są bardzo blisko polityków. I to nie tylko fizycznie. Wożą ich, ochraniają ich rodziny, śledzą za pomocą monitoringu ich otoczenie. Często więc się zaprzyjaźniają. Dobrym przykładem jest funkcjonariusz, który miał grozić dziennikarzowi. Wcześniej ochraniał i Radosława Sikorskiego, i Zbigniewa Ziobrę.
SOP-owcy to często koledzy, przyjaciele rodzin, zaufani. "Wyskoczenie po pizzę" to niekoniecznie tylko służalczość, to wkupienie się w łaski, kumpelska przysługa. Dlatego szefowie MSWiA są przyzwyczajeni do telefonów od polityków w sprawie ich ochrony: czy temu można by załatwić awans, temu podnieść pensję, albo córce załatwić jakąś robotę.
Ale jest też druga strona medalu. Funkcjonariusze mają wiedzę. Z reguły jej nie używają. Ale ją mają. W teatrze wedle Czechowa strzelba powieszona na ścianie musi w końcu wystrzelić. W życiu tak nie jest, wystarczy, że może wystrzelić i nie musi być w widocznym miejscu.
Czasami zresztą strzelby strzelają. Nie tylko w Prawie i Sprawiedliwości panuje przekonanie, że rozmowa między Szymonem Hołownią a Jarosławem Kaczyńskim w willi Adama Bielana wyciekła za sprawą ochrony ówczesnego marszałka Sejmu. Nie musiało być to zresztą działanie ochrony bezpośredniej, a jej posiadających mocniejsze umocowanie i szersze kontakty polityczne koordynatorów.
Polska jak SOP?
Hermetyczna, duszna atmosfera, bliskość polityki, poczucie, że ręka rękę myje i zmiany kadrowe sprowadzające się do towarzysko-polityczno-biznesowych roszad. To nie mogło się dobrze skończyć i pozbawiona realnej kontroli jakościowej służba zaczęła coraz bardziej się patologizować. Część z tego, co wyżej napisane, dotyczy oczywiście tylko jej. Ale część nie.
Fraternizacja jako kryterium doboru, walki frakcyjne i wykorzystywanie instytucji do gier politycznych lub prywatnych interesów, a nie tego, do czego je powołano, to nie jest problem tylko SOP.
Wystarczy popatrzeć na przepychanki wokół instytucji naukowych albo związków sportowych. A chyba byśmy nie chcieli, by podupadłą służbę mającą ochraniać naszych polityków zaczęło przypominać całe państwo?
Wiktor Świetlik












