Gra w Trumpa
Europa (i Polska) uczy się Trumpa. Już wie, że bardziej opłaca się asertywność niż wiernopoddańcze lizusostwo. Ale Trump będzie też główną postacią polskich wyborów w 2027 roku. Będziemy wówczas decydować, czy Polska ma być bliżej z budzącą się i silną gospodarczo Europą, czy bliżej z nieprzewidywalnym Trumpem, któremu ze Starym Kontynentem nie po drodze.

Donald Trump doczekał się - także w Polsce - swoich czołobitnych entuzjastów w czerwonych czapeczkach oraz namiętnych hejterów i zawodowych kpiarzy, a także umiarkowanych zwolenników oraz stonowanych krytyków.
Nie doczekał się jednak politycznej metody, za pomocą której europejscy (i polscy) politycy nieprawicowi mogliby skutecznie i z godnością odnaleźć się w jego ekscentrycznym uniwersum.
Ten świat się kończy
Trump nie raz zadziwiał opinię publiczną antyeuropejskimi obsesjami, a w wydaniu bardziej popkulturowym uwagami o stroju prezydenta Ukrainy, groźbami nałożenia ceł na francuskie wina w odwecie na "krnąbrnym Macronie" czy chęcią dostania "kawałka lodu", jak nazywał Grenlandię, którą mylił z Islandią.
Tymczasem liderzy Zachodu pozostawali wobec tego bezradni albo ulegli. Albo otwierali usta w milczącym zadziwieniu lub cichej złości, albo popadali w oportunistyczny serwilizm. Obie postawy były zupełnie nieskuteczne.
To się właśnie zmienia. Trump podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos złagodził ton, a jego brutalne gry słowne wokół Danii czy Rady Pokoju, którą powołał w dość egzotycznym składzie, okazały się kolejną odsłoną biznesowo-transakcyjnego stylu "negocjacyjnego".
Tym razem jednak (nie tylko) europejscy liderzy zachowali się nieco inaczej. Nie ulegli presji, lecz - nie rezygnując z dyplomacji i nie niszcząc strategicznych sojuszy - pokazali coś w rodzaju asertywności.
Uczyniła tak na przykład premier Włoch Giorgia Meloni, która twardo skrytykowała zapowiedź Trumpa nałożenia 10-procentowych ceł na kraje, które postanowiły wysłać małe kontyngenty wojskowe na Grenlandię. Uczynił tak w tej samej sprawie prezydent Francji. A nieeuropejski lider Zachodu, premier Kanady Mark Carney, powiedział w Davos to, co od dawna powtarzają specjaliści od geopolityki: że świat oparty na starych zasadach się kończy. Powołując się na dziedzictwo Václava Havla, zwrócił się do państw Zachodu, by przestały wierzyć w fikcję i żyć w kłamstwie.
"Logiczne delirium"
Podobny ton można odnaleźć w rozmowie z wpływową francuską psychoanalityczką i historyczką Élisabeth Roudinesco, która w czasopiśmie "Le Grand Continent" zastanawia się nad pytaniem, dlaczego cały system polityczny zgadza się poddać bezgranicznemu narcystycznemu urojeniu czy "logicznemu delirium" rzeczywistości Trumpa. I sugeruje, że nie tyle osoba amerykańskiego prezydenta jest problemem, ile bezradność świata zachodniego wobec niego i jego polityki.
I dodaje:
To jest ton zmiany w europejskiej debacie, która udziela się także w polu polityki. O ile prawica ma z Trumpem bardzo poważny, ale dobrze rozpoznany kłopot - przychylny stosunek prezydenta Stanów Zjednoczonych do dyktatora z Moskwy, czyli reset z Rosją tym razem w wydaniu amerykańskim, a nie europejskim - o tyle tzw. liberalny (chadecki, lewicowy itd.) mainstream ma kłopot, od rozwiązania którego zależy polityczny los Europy. Ona wciąż dysponuje taką siłą integracyjną i gospodarczą, by wziąć udział w nowym rozdaniu światowym na zasadach podmiotowych.
Polska na rozdrożu
Dla Polski oznacza to tyle, że w ramach kampanii przed wyborami w 2027 roku rozegra się w naszym kraju krwiożerczy polityczny bój wokół takich tematów jak integracja europejska, polexit i stosunek do Stanów Zjednoczonych.
Nawet jeśli nie będą to flagowe tematy wyborcze, to cała polska polityka będzie się toczyć w cieniu Trumpa i jego apetytu na rozegranie Europy, nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa, a także pytań, czy bardziej kocha się mamusię - Europę - czy tatusia - Stany Zjednoczone.
Nowa polaryzacja wewnętrzna między proeuropejską władzą (która chce także podmiotowego sojuszu z USA) i proamerykańską opozycją (która krytykuje Europę, ale w dużej części deklaruje, że nie chce opuszczać Unii Europejskiej) już jest zresztą narysowana. O ile Donald Tusk i Karol Nawrocki - pomijając towarzyszące złośliwości - wspólnie "rozegrali" kwestię Rady Pokoju Trumpa, o tyle w sprawie zasadniczej obaj złożyli osobne deklaracje.
I o tym tak naprawdę - czy Polska ma być politycznie bliżej z budzącą się i silną gospodarczo Europą, która stanie się realnym partnerem, a nie przystawką w menu mocarstw, czy też bliżej z nieprzewidywalnym Trumpem, któremu ze Starym Kontynentem zupełnie nie po drodze - będą wybory w 2027 roku.
Przemysław Szubartowicz













