Gdy rozum śpi, powstają raporty. Na przykład raport Gregorczyk-Abram
Odpalony przez ministra Waldemara Żurka raport o represjach medialnych to kolejny - po raporcie gen. Jarosława Stróżyka - dowód na postępującą intelektualną indolencję oraz moralną kapitulację uśmiechniętej władzy.

I znowu dostajemy opłaconą za publiczne (niemałe) pieniądze pałkę użyteczną wyłącznie dla ministra, premiera albo dla uśmiechniętych mediów w ich krucjacie przeciwko opozycji. Znowu towarzyszy temu odmiana przez wszystkie przypadki słów takich jak "prawa człowieka" albo "media publiczne". A efektem jest produkt skrojony - znowu - wyłącznie pod gusta kodziarsko-silnorazemowej banieczki.
Nie wierzycie? Ja też nie wierzyłem, póki nie przeczytałem.
Raport o wątpliwej jakości
Waldemar Żurek postanowił wyciągnąć na światło dzienne raport dawnej praworządnościowej aktywistki Sylwii Gregorczyk-Abram. Raport dotyczy "mechanizmów represji medialnej wobec społeczeństwa obywatelskiego oraz działaczy społecznych w latach 2015-2023". Rzecz została zamówiona jeszcze przez poprzedniego ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, ale odnoszę dziwne wrażenie, że poprzednik był świadom miernej jakości tego dzieła i celowo nie pokazywał go szerszej publiczności.
Zgodnie ze znanym prawem Kopernika pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Żurek takich skrupułów już więc nie miał i raport pobłogosławił. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by minister (i też dawny aktywista) zrobił swojej koleżance aktywistce specjalną przysługę. Liczba błędów merytorycznych sprawia wrażenie, jakby żaden z autorów nie miał absolutnie bladego rozeznania w opisywanej przez siebie materii.
Mylone są nazwiska, powiązania i afiliacje dziennikarzy i publicystów, których się w tej publikacji oskarża o "medialne represjonowanie" Marty Lempart, Agnieszki Holland czy Grupy Granica. To wręcz niewiarygodne, ale czytając ten raport, można mieć momentami wrażenie, że autorom udaje się dokonać niemożliwego. Oni w zasadzie nie potrafią udowodnić (zdawałoby się banalnej) tezy o tym, że media publiczne w czasach PiS reprezentowały punkt widzenia rządu PiS.
Za dowód, że tak było, robią tu prezentowane na antenach TVP czy Polskiego Radia opinie komentatorów oraz publicystów. Ponieważ jednak dla Gregorczyk-Abram i spółki hejtem na "społeczeństwo obywatelskie" jest w zasadzie każdy (choćby odrobinę krytyczny) namysł nad działalnością publiczną Lempart, Holland i innych, to w zasadzie granica represji się zaciera. Hejtem jest wszystko i tym samym hejtem nie jest nic.
Skąd my to znamy? Ano stąd, że podobnie było z tzw. raportem komisji Stróżyka ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich. Tam też definicja wpływu była tak szeroka, że zawierać mogła w zasadzie każdą próbę uczestnictwa w debacie publicznej na temat inny niż pogoda. Przypomnijmy, że zgodnie z tamtym rządowym dokumentem "ruską onucą" można było zostać mówiąc - na przykład - niepochlebne rzeczy o… unijnych politykach klimatycznych.
Obrona aktywistów czy interesu władzy?
Wszystko to razem nie byłoby pewnie warte uwagi, gdyby nie układało się w pewną całość. Oto mam wrażenie, że kolejny raz widzimy, jak marnowana jest następna szansa, by się czegoś nauczyć i coś w Polsce poprawić.
Oto rząd wykłada publiczne pieniądze (jak słyszymy, godziwe), ale jedynym, co z tego wychodzi, jest produkt, który nawet nie maskuje specjalnie tego, że powstał na polityczne zamówienie. Po to tylko, żeby sobie potem mogli z niego premier, minister albo prorządowe (choć teraz już uśmiechnięte, wiec ok) media strzelić do wrażej opozycji.
Tak powstał dokument, który obraca na wszystkie strony hasło "praw człowieka", ale nie bardzo nawet stara się, by ludzie, których oskarża byli w nim… podpisani zgodnie ze stanem faktycznym. Ów rządowy raport pisany jest niby w geście sprzeciwu wobec zawłaszczania instytucji publicznych w czasach PiS. Ale jednocześnie jego efekt końcowy skrojony jest wyłącznie pod interes obecnie trzymających obecnie władzę.
Raport staje w obronie aktywistów, których punkt widzenia nie interesował dawnych władców mediów publicznych w latach 2015-23 i ma być niby koronnym dowodem na typowo prawacki antypluralizm. Ale czy przy jego powstawaniu w ramach zespołu Gregorczyk-Abram był ktoś, kogo interesowałby punkt widzenia niż perspektywa antypisowskich aktywistów?
Nie, absolutnie tego tam nie widać.
Rafał Woś











