Festiwal unijnego tchórzostwa
Rosja pozostaje finansowo bezkarna za wywołanie wojny. A my, Europejczycy, zapłacimy za tchórzostwo jednych i rusofilię drugich. Jeden z największych skandali politycznych zostaje zamieciony pod dywan.

To dość niezwykłe, jak fundamentalne dla nas decyzje polityczne przechodzą bez echa. Politycy kłócą się o treść postów. Dziennikarze rozkładają na części pierwsze sejmowe pyskówki. Tymczasem prawdziwa hierarchia spraw pozostaje w tle.
Czasem można odnieść wrażenie, iż dzieje się tak, albowiem nasza klasa polityczna nie potrafi oddzielić ziaren od plew. Co o tym decyduje, brak kompetencji intelektualnych czy lenistwo, w gruncie rzeczy z punktu widzenia polskiej racji stanu w XXI wieku wszystko jedno.
Otóż kilka dni temu Europa miała podjąć kluczową decyzję o sfinansowaniu pomocy dla walczącej Ukrainy. Pełnoskalowa wojna toczy się od lutego 2022 roku. Sny o mocarstwowości prezydenta Putina pochłonęły bajońskie sumy. Codziennie giną ludzie. Na stole od dawna zatem leżała propozycja użycia zamrożonych na Zachodzie rosyjskich aktywów.
Każdego dnia Rosja rewiduje porządek międzynarodowy, gwałci konwencje, prawa człowieka i ludzką przyzwoitość. Wydawałoby się zatem normalne, aby odwinąć się finansowo i w imieniu Starego Kontynentu dać Kremlowi ostro po łapach.
Przez wiele dni trwała wojna nerwów. Politycy wyciągali opinie prawne, z których "wynikało jasno", że propozycja użycia zamrożonych rosyjskich aktywów jest zgodna z prawem. Inni zaś dowodzili, że to z prawem niezgodne. Nie oznacza to chaosu, wbrew pozorom. Oznacza to, że mamy do czynienia z decyzją polityczną. To zaś wymaga wzięcia na siebie odpowiedzialności i minimum odwagi.
Festiwal unijnego tchórzostwa
I wtedy zaczął się festiwal tchórzostwa. Znany rusofil, pan Viktor Orban, wysłał uniżoną suplikę na Kreml. Zapytywał w niej poddańczym tonem, czy przypadkiem sięgnięcie po "finansowe mrożonki" made in Russia nie urazi Władimira Putina. Z Waszyngtonu rozległy się groźne, ostrzegawcze pomruki, które przypomniały nam, że na początku roku USA głosowały w ONZ jednogłośnie z Rosją, Białorusią i Koreą Północną (gdyby ktoś zapomniał).
Później niemal cała Belgia, która i tak trzeszczy, zaczęła dygotać z obaw przed rosyjskim odwetem. Wystarczyły niejasne wypowiedzi z Kremla, aby masa polityków w Europie dosłownie umierała ze strachu. Nie wiadomo do końca przed czym. Może przed przyzwoitością i prawami człowieka?
Znów zasypano nas lawinowo opiniami, że rosyjskich aktywów odmrozić nie można. Zupełnie, jakby ktoś chciał ciskać paragrafami w wypełnione materiałami wybuchowymi drony. Żałosne.
I wtedy gruchnęła wiadomość, że Unia Europejska - czyli my! - zamiast ukarać Rosję, woli się zadłużyć. Proszę rzecz dokładnie zrozumieć: oto za wywołanie wojny i setki tysięcy ofiar mamy zapłacić MY.
Wstyd za zwycięstwo
Do Kijowa popłynie 90 mld euro. Aby odwrócić uwagę od braku kary dla Moskwy za wywołanie bezprawnej wojny, zaczęło się mydlenie oczu. Haniebną decyzję Europy ogłoszono jako "zwycięstwo dyplomacji". Finansową tolerancję dla rosyjskiego bandytyzmu nazwano "zwycięstwo praworządności" (sic!). Tchórzostwo okazało się "zdrowym rozsądkiem". I tak dalej - aż do hipokryzji klasy premium - 90 mld euro nazwano nie podatkiem europejskim, ale długiem ukraińskim.
Jak Państwo myślą, kto zapłaci 90 mld euro? Przecież nie Ukraina, która cały czas się wykrwawia i finansowo ledwo zipie. Otóż rzecz jest pomyślana tak, aby - jak w pandemii - najpierw dług zaciągnąć w imieniu Unii Europejskiej, a potem… A potem się zobaczy. Ostatecznie ten dług trzeba będzie kiedyś zwrócić, co wiedzie nas ku podatkom.
Najwięksi płatnicy netto, jak Niemcy i Francja, mają powyżej uszu wykładania pieniędzy za innych. Generalnie, choćby ekonomicznie była to nieprawda, polityczny wiatr wieje w stronę haseł: "pilnuj siebie, będziesz w niebie". Słusznie czy nie, egoizmy narodowe - zresztą nadymane z Kremla i Waszyngtonu - będą rosły jak balony.
Zatem można się rozsądnie spodziewać, że obecnie przesuwanie wielkich długów w przyszłość - paradoksalnie - w chwili spłaty może doprowadzić do awantur dodatkowo podminowujących Unię Europejską. Kto wie, być może zatem jednym ze sposobów, aby nas poróżnić na Starym Kontynencie, będą zachęty, abyśmy się zadłużali więcej i więcej? Nowe podatki na pewno nie pomogą w atrakcyjności Europy.
Tak czy inaczej, Rosja pozostaje finansowo bezkarna. A my, Europejczycy, zapłacimy za tchórzostwo jednych i rusofilię drugich.
Jarosław Kuisz













