Reklama

Reklama

Faszyzm w Europie? Nie! Już prędzej nowa Wiosna Ludów!

Ilekroć gdzieś w Europie wygrywa wybory ktoś ośmielający się krytykować stary liberalny establiszment, natychmiast w ruch idzie wyświechtana teza o odradzającym się w Europie "faszyzmie". Czas przestać łapać się na ten absurdalny straszak i zobaczyć, że argumentacja za nim stającą jest wyjątkowo cieniutka.

Pozwolę sobie polecić Państwa uwadze twórczość publicysty Kacpra Kity. A zwłaszcza jego tezę o nowej Wiośnie Ludów, której widmo od dłuższego czasu "krąży nad Europą". Zgadzam się w pełni z tym spostrzeżeniem. 

Idzie ona na przekór wyświechtanej (i jednocześnie mocno nietrafnej) narracji jakoby najnowsze sukcesy ruchów etykietkowanych jako "populistyczne" albo "skrajnie prawicowe" były zapowiedzią odrodzenia w Europie widma faszyzmu. Oczywiście nie jest trudno zrozumieć, dlaczego politycy tacy jak Giorgia Meloni czy Matteo Salvini we Włoszech, Donald Trump w USA czy Jarosław Kaczyński u nas, wpychani są tak chętnie i łatwo w ciężkie buciory Benita Mussoliniego, generała Franco albo wręcz Adolfa Hitlera. 

Reklama

Już samo takie porównanie ma za zadanie ośmieszyć, zohydzić i nastraszyć nimi słabiej zorientowanych politycznie obywateli Europy. Gra toczy się o dużą stawkę. A konkretnie o to, by ludzie nadal grzecznie wybierali partie dominujące na europejskiej scenie politycznej przez całą drugą połowę XX wieku. Mamy więc nadal karnie głosować na wszelkiej maści socjaldemokratów, chadeków i liberałów. No ewentualnie jakichś zielonych, czy jak oni się tam wszyscy nazywają. Ma być bowiem tak, jak było. Jeden i ten sam polityczny establiszment ma cyklicznie zmieniać się u władzy na zasadzie wahadełka przechylanego raz na jedną raz na drugą stronę. Dając poczucie pluralizmu. Choć przecież jest to zmiana w ramach ściśle wytyczonych granic liberalno-konserwatywnej polityki. 

Niestety ten model się w ostatnim 15-leciu poważnie zachwiał. Niestety dla establiszmentu. A stało się tak dlatego, że Zachód nawiedziło w tym okresie przynajmniej kilka poważnych kryzysów. Najpierw ten finansowy z roku 2008. Potem zadłużeniowy z lat 2012-2015. Teraz z kolei mamy kryzys energetyczny. Zaś ci wszyscy "starzy dobrzy" socjaldemokraci, chadecy i liberałowie nie potrafili im ani zapobiec ani przeciwdziałać. A gdy nawet się za to zabierali, to jeszcze pogarszali sprawę. Na przykład forsując bezmyślną ekonomicznie i niszczącą społecznie "terapię szokową" w postaci polityki budżetowych oszczędności. Obiektywnie rzecz biorąc trudno się więc dziwić, że wyborcy (a przynajmniej wielu z nich) powiedziało dotychczasowemu establiszmentowi "wam to może już podziękujemy, czas na jakieś nowej oferty". Z punktu widzenia obywateli Zachodu - zwłaszcza tych, którzy na wspominanych kryzysach najmocniej ucierpieli - głosowanie na alternatywę wobec mainstreamu jest oczywiście działaniem w pełni racjonalnym. Czy nie na tym właśnie polega pluralistyczna demokracja, że mamy w niej do czynienia z dostarczaniem wyborcom prawdziwych - a nie tylko pozornych - alternatyw?

Problem polega jednak na tym, że liberalno-konserwatywny establiszment bardzo przyzwyczaił się do swojej dominacji. I nie chcę tak łatwo dać się oderwać od stanowisk, pozycji i związanego z tym statusu. Cóż więc prostszego niż nastraszyć wyborców tym, co było największym politycznym nieszczęściem XX wieku? A co niechybnie nastąpi, kiedy tylko ich zabraknie u władzy. Tym straszakiem jest oczywiście faszyzm albo wręcz nazizm. Jednoznacznie - i słusznie - kojarzące się z przemocą, wojną i ludobójstwem. "Chcecie ich powrotu?" - pytają histerycznie stare elity, wskazując pożółkłe karykatury Fuehrera albo Duce. No pewnie, że nie! - odpowiadają Europejczycy. No to nie wolno wam głosować na Braci Włochów, Ruch 5 Gwiazd, Prawo i Sprawiedliwość, Szwedzkich Demokratów albo Front Narodowy! Tak to się przez lata kręciło.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że cały ten straszak opiera się na bardzo cieniutkiej argumentacji. Na czym ma bowiem polegać ów rzekomy "faszyzm" Kaczyńskiego, Marine Le Pen albo pani Meloni? Owszem - wszyscy ci politycy swój polityczny program oparli na rysowaniu wizji elit, które oderwały się od szerokich wyborców i przestały wychodzić naprzeciw ich potrzebom. Czy jednak ta antyestabliszmentowość jest równoznaczna z faszyzmem? Przecież to absurd. I to jeszcze absurd niedopuszczający do wiadomości, że taka krytyka elit może być zasadna. Że może faktycznie zaczęły one służyć innym panom niż demokratyczny suweren. W tym wypadku interesom zglobalizowanego kapitału, który chciałby dalej hulać sobie po świecie bez żadnych ograniczeń i nie liczyć się z konsekwencjami swoich czynów. Takimi jak wzrost nierówności dochodowych, pauperyzacja klasy robotniczej i średniej albo dezindustrializacja czy też (tak dotkliwe ostatnio) uzależnienie energetyczne od krajów w stylu Rosji. Czy naprawdę każdego, kto zwraca na to uwagę, trzeba od razu nazywać faszystą?

Ktoś powie, że "populiści" są niebezpieczni. Kolejny straszak! Bo niby na czym to niebezpieczeństwo ma polegać? Na zarzucanej im "mowie nienawiści"? Przecież to (w większości przypadków) nic innego jak projekcja liberalnych mediów. Bynajmniej przecież nie bezstronnych i zainteresowanych utrzymaniem status quo. Krytyka zbyt luźnej polityki migracyjnej? Owszem - populiści są zwolennikami większej regulacji rynku przepływu ludzi. Ale doprawdy trzeba Himalajów złej woli, by stawiać to w jednym szeregu z antysemityzmem Hitlera albo rasizmem innych polityków okresu międzywojennego. A przecież jeszcze nawet nie doszliśmy do najgroźniejszych punktów faszystowskiej agendy sprzed stu lat. To znaczy do otwartego militaryzmu czy otwartej gloryfikacji przemocy w życiu publicznym albo międzynarodowym. Tyle, że tego typu elementów ani w programach ani w praktyce rządzenia współczesnych sił politycznych portretowanych jako "skrajna prawica" po prostu nie znajdziecie. Kaczyński marzący o rewizji granic w Europie? Meloni zapowiadająca fizyczną eksterminację politycznych przeciwników? Przecież to niedorzeczne oskarżenia.

Wracając do wspomnianego już Kacpra Kity. Zdaniem publicysty, jeżeli już chcemy koniecznie szukać analogii historycznych do tego, co się dzieje w Europie, to powinniśmy cofnąć się raczej do połowy XIX wieku. I do wydarzeń zwanych w podręcznikach jako Wiosna Ludów. Ówczesne polityczne przedsięwzięcia faktycznie zasadzały się na krytyce kosmopolitycznych i arystokratycznych elit, które nie bardzo zważały na interesy narodów, z których się wywodzą. Przywódcy Wiosny Ludów w różnych krajach - od Francji i Niemiec po Polskę czy Węgry byli w swych programach bardzo eklektyczni. Łączyli elementy ludowości, rodzącego się socjalizmu i nacjonalizmu czy patriotyzmu (choć nie ksenofobii). To jednak przecież idee leżące lata świetlne od faszyzmu. No chyba, że ktoś uznaje Józefa Bema, Ludwika Mierosławskiego, francuskich republikanów albo zwolenników zjednoczenia ziem włoskich za protofaszystów. 

Warto o tym pamiętać, gdy następnym razem ktoś zacznie mówić o odradzającym się faszyzmie. Bo opieranie się na fałszywych analogiach historycznych bynajmniej nie jest dowodem na erudycję czy błyskotliwość. Jeśli już - to dowodzi raczej czegoś dokładnie przeciwnego.    

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy