Reklama

Reklama

Europa w Kijowie

Prezydent Francji, kanclerz Niemiec i premier Włoch udali się wspólnie do Kijowa. W jakim celu? Spróbujmy, na zimno, odczytać ich grę.

Już sam fakt, ze pojechali wspólnie, a reprezentują trzy największe państwa Unii Europejskiej, świadczy, że pojechali tam w imieniu nie tylko własnym, tylko zachodniej Europy.

Po drugie, ten gest jest oczywisty - ich intencją jest wsparcie prezydenta Zełenskiego. Na stole pewnie położą też plany na przyszłość - odbudowy  Ukrainy i włączania jej do zachodnich struktur.

Po trzecie, o tym się nie mówi, ale to wiedzą wszyscy - będą chcieli wysondować na miejscu warunki, które Ukraina gotowa byłaby spełnić, by zawrzeć z Rosją pokój.

Reklama

My w Polsce patrzymy na wszelkie słowa o negocjacjach z Rosją jak najbardziej podejrzliwie, doszukując się w tym wszystkim złych intencji, wezwań do kapitulacji. Ja rozumiem taką postawę, bo trudno godzić się na sytuację, w której trzeba zasiąść do stołu z napastnikiem, który niszczy, morduje i kradnie. Ale , z drugiej strony, musimy też zdawać sobie sprawę, że wojny z reguły kończą się pokojowymi rozmowami. Więc nie chodzi o to, czy rozmowy będą, ale o to, z jakich pozycji obie strony do nich usiądą, i co będzie negocjowane. Problemem nie są więc rozmowy pokojowe, ale ich rezultat.

To zresztą Zachód mówi od dawna. To są słowa Joe Bidena sprzed kilku tygodni:  "USA wysyłają Ukrainie znaczne ilości broni i amunicji, by ta mogła walczyć i mieć możliwie najsilniejszą pozycję przy stole negocjacji".

Z kolei prezydent Macron zdążył już powiedzieć, że przyszły pokój nie może "upokarzać" Rosji.

I słowa Bidena, i słowa Macrona, nie oznaczają, że Zachód zmęczył się wojną i chce jak najszybciej Ukrainę przehandlować. Oznaczają, co innego. Że Zachód zdaje sobie sprawę, że szanse na to, że Rosja wojnę przegra są minimalne. Po prostu, mocarstwa atomowe wojen nie przegrywają. Ale, po drugie, Rosja też nie ma szans, by Ukrainę rzucić na kolana i skutecznie ją okupować. Może zdobyć jakiś obszar, jakieś ważne miasto. Ale na więcej się nie zanosi. W związku z tym wojna może trwać długo. Tak długo, jak Zachód będzie dostarczał Ukrainie broni.

Ale, po trzecie, wszyscy też wiedzą, że wojna nikomu nie służy. Najbardziej cierpi na niej Ukraina, bo wojna przekształca ją w państwo upadłe, wiszące na zachodniej kroplówce. Cierpi też Zachód - z powodu kłopotów gospodarczych. A i pojawiających się na horyzoncie, kłopotów związanych z destabilizacją świata. No i dla samej Rosji wojna jest katastrofą, cofa ją dwadzieścia lat wstecz, trwale osłabia. Do tego dochodzą sprawy, ogólnie rzecz nazywając, prestiżowe - oto druga armia świata, która miała zdobywać Europę, ma - jak widzimy - kłopoty ze zdobyciem stutysięcznego miasta. I świat na to patrzy...  

Pytanie tylko, czy Rosjanie o tym wiedzą?

Z jednej strony, gdy słucha się wypowiedzi władców Kremla można odnieść wrażenie, że są w swoim żywiole. Miotają na lewo i prawo groźby i obelgi, bardzo im to się podoba. A że sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości? Więc czy to poza, czy tak rzeczywiście myślą?

Sporo o sytuacji można wywnioskować ze słów prezydenta Macrona, który spędził na telefonicznych rozmowach z Putinem 100 godzin. Po pierwsze, mówił, że rosyjski prezydent jeszcze nie dojrzał, i trzeba dać mu więcej czasu, by lepiej zrozumiał sytuację, w jakiej jest jego kraj. Po drugie,  mówił zupełnie niedawno, że czas być bardziej twardym wobec Rosji. Ale mówił też, że Rosji nie można upokarzać. Co zresztą spotkało się z mocnymi odpowiedziami w Kijowie (i w Warszawie również, choć to mniej ważne).

Tak oto mamy nakreślone ramy rozwoju sytuacji. Jeżeli Rosja nie będzie chciała negocjować, to będzie brnęła w wojnę. I cena jaką za to zapłaci  będzie zupełnie nieproporcjonalna do osiągniętych korzyści. Po drugie, te negocjacje mogą być tajne, odbywać się bez wiedzy mediów, ale muszą być poważne. Po trzecie, będą to negocjacje w trójkącie - Rosja-Zachód-Ukraina. I Zełenski nie będzie w nich postacią najważniejszą.

Po czwarte, mniej więcej wiemy, jakie może być pole przyszłego pokoju - że Ukraina straci część terytorium (jaką, zależy od sytuacji na froncie), ale Rosja trwale straci Ukrainę i swoje tam wpływy. Kijów przeskoczy do zachodniej części świata. Rosja zostanie od tego świata odgrodzona. Nie jakimś murem, ale powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego już nie będzie. 

Po piąte wreszcie, dodałbym do tego jeszcze jedną uwagę. Otóż, jak pokazują lata 2014-2022, Ukraina lepiej wykorzystała czas pokoju niż Rosja. Ma lepszą armię niż osiem lat temu, lepiej się broni. Więc gdy wszyscy zwolennicy wojny wołają, że rozejm byłby dla Ukrainy zły, bo Rosja odetchnie, wzmocni się, i za jakiś czas ruszy na Kijów, popełniają błąd. Bo Ukraina wzmocni się w tym czasie jeszcze bardziej.

Może to jest więc tajemnica słów Macrona - jeżeli tyle zabieramy Rosji, tak ją spychamy, to dajmy jej przynajmniej trochę łechcących jej dumę słów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy