Europa nie ma pomysłu na Ukrainę. A Trump ma
Mówcie co chcecie, ale przy całej swojej arogancji Donald Trump przynajmniej mówi otwartym tekstem, jaki jest jego pomysł na Ukrainę. Na tym tle Europa wygląda na kompletnie pogubioną i uwikłaną w sprzeczności. A Polska wraz z nią niestety także.

Czas już chyba zostawić za sobą pytanie, dlaczego polskiego premiera nie było w Waszyngtonie na spotkaniu przywódców Europy z Donaldem Trumpem. Nie było go, bo Donald Tusk i Radosław Sikorski zachowywali się w minionych latach jak dyplomatołki. Obrażanie przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, insynuowanie mu zdrady stanu i porównania do najgorszych dyktatorów w historii ujdą jeszcze w tłumie jako część medialnych szmerów. Ale liderom państwa posługiwać pogrywać nimi otwarcie po prostu nie wolno. To absolutny elementarz.
Niestety Tusk i Sikorski chyba go nie czytali. Paląc sobie w trumpowym Waszyngtonie wszystkie mosty. I to na lata. I właśnie dlatego w Waszyngtonie naszą cześć Europy "reprezentował" w Białym Domu premier Finlandii. A nie szef rządu kilkukrotnie większej oraz frontowej Polski. To oczywiste.
I kropka. Bo życie musi toczyć się dalej. I będzie.
Świat według Trumpa
Teraz ważne jest pytanie o przyszłość. Co dalej z wojną na wschodzie? Czy będzie trwać aż do zwycięstwa którejś ze stron? I co zrobimy, jeśli tą stroną będzie Rosja Putina? A może byłoby lepiej, by po latach szczerzenia kłów podjąć - już w zmienionej w międzyczasie rzeczywistości - kolejną próbę pokojowego ułożenia relacji Zachodu z Rosją? Z Rosją, która z mapy zniknąć nie zamierza.
Odpowiedź na te wszystkie pytania zależy oczywiście od tego, czego MY właściwie chcemy? Jaki jest nasz pomysł na przyszłość? To punkt wyjścia dla absolutnie każdej strategii.
Donald Trump może być arogancki i irytować wszystkich wokoło. Ale trudno mu odmówić, że dość jasno komunikuje czego chce i jak zamierza tam dotrzeć. Trump chce zakończyć wojnę Zachodu z Rosją. Od lat mówi, że uważa ją za błąd administracji swojego poprzednika i że gdyby to on rządził Ameryką to by do wojennej eskalacji na wschodzie nie doszło. Trump chce pokoju.
W tym celu najpierw uruchomił rozmowy na niczym szczeblu, a w końcu spotkał się z Putinem na Alasce. Powiedział też, jak wyobraża sobie ów pokój. Ukraina ma pozostać niezależna od Rosji, ale musi pogodzić się ze stratami terytorialnymi. Kijów nie wejdzie do NATO, ale dostanie gwarancje od USA "podobne do artykułu piątego". Zabezpieczeniem suwerenności Ukrainy na miejscu ma zająć się Europa. I to też jest spójne z trumpowym młotkowaniem Europy o to, by wreszcie dorosła do większej odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo. A nie tylko chowała się pod amerykańskim parasolem i jeszcze miała wiecznie do Ameryki o wszystko pretensje.
Żaden amerykański żołnierz nie pojedzie na Ukrainę - zapowiada Trump. Ale jeśli Niemcy, Francja albo Wielka Brytania chcą wysłać swoje siły to… proszę bardzo. Trump nie widzi przeszkód.
PR zamiast strategii
Właśnie w tę stronę Waszyngton będzie teraz pchał cały ten wózek. A Europa? Czy Niemcy, Francja i Bruksela mają jakikolwiek pomysł na przyszłość Ukrainy? Ja tu niestety nie widzę strategii. Jeśli już to raczej działania PR-owe. Niemiecka i francuska klasa polityczna zachowuje się tak, jak gdyby narzuciła sobie ostrą pokutę za lata nadmiernej ufności w szczerość intencji Putina. Przez lata widzieli w nim rozsądnego biznesmena, który nie rozwali stolika, przy którym wynegocjował uprzednio lukratywne kontrakty zaopatrywania Zachodu w surowce energetyczne. Rozwalił.
Teraz więc jesteśmy na przeciwnym biegunie. W Berlinie, Paryżu albo Londynie w tym sezonie najmodniejsza jest gra w "największego putinożercę". Żadnych rozmów z Rosją, bo to imperium zła, morderców i zbrodniarzy wojennych. Sowa Minerwy wzlatuje o zmierzchu.
Ok, taka postawa miałaby sens, gdyby Europa dysponowała jeszcze siłą dającą jakiekolwiek widoki na bezwarunkową kapitulację Putina. Ale po trzech i pół roku wojny na taki scenariusz absolutnie się nie zanosi. Sankcje gospodarcze uderzyły w Rosję, ale i Europa zapłaciła za nie sowitą cenę w postaci szoku gazowego i zamknięcia rynków zbytu na wschodzie. Na dodatek Unia (ani tworzące ją państwa solo) nie mają dziś w ręku argumentów militarnych potrzebnych do pokazania Rosji, gdzie raki zimują.
Szczerze mówiąc Europa nie jest dziś w stanie wypełnić nawet roli strażnika amerykańskich gwarancji na wypadek zawieszenia działań wojennych, do której aspiruje. Sama linia frontu rosyjsko-ukraińskiego na długość ok. 1200 km. Czyli mniej więcej tyle co niemiecko-niemiecka granica w czasie zimnej wojny. Tylko że jej strzegły z obu stron dwa największe bloki wojskowe w dziejach świata. A dziś? Według niektórych analiz do zabezpieczenia frontu potrzeba by było ok. 150 tysięcy żołnierzy. Ilu ma Europa?
Prezydent Macron wspomniał o możliwości wysłania na wschód kilkutysięcznego kontyngentu. Ale już niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul stwierdził ostatnio, że z udziałem wojsk w takiej operacji może być wielki problem. Jednocześnie rosnąca w siłę opozycyjna AfD (w międzyczasie liderująca już w sondażach) scenariusz takiego zaangażowania ostentacyjnie wykluczyła.
Najpierw obawy, później satysfakcja
Na obecnym etapie ukraińska strategia Unii Europejskiej to nic innego jak mieszanka teoretycznych rozważań, chciejstwa i moralnego wzmożenia. Przewiązana niechęcią do prezydenta Trumpa, który (w przeciwieństwie do poprzedników) nie ukrywa tego strategicznego uzależnienia Europy od Ameryki.
Polska też nie wygląda na tym tle zbyt dobrze. Z pozoru powinniśmy być zadowoleni, bo na poziomie retoryki można odnieść wrażenie, że na Zachodzie wreszcie zrozumieli nasze obawy względem Rosji i Putina. Ta satysfakcja nie zastąpi jednak konieczności postawienia sobie kilku kluczowych pytań o Ukrainę. I o przyszłość tej wojny.
To już jednak temat na zupełnie inne rozważania. Ale spokojnie - i one nas nie ominą.
Rafał Woś















