Euroestablishment nie zamierza oddać władzy. Nawet jeśli przegra wybory
Liberalny establishment UE ma nowy plan na utrzymanie się przy władzy nawet po jej (pozornej) utracie w wyniku demokratycznych wyborów we Francji czy Niemczech. Projekt jest zuchwały, a kluczową rolę odgrywa w nim Europejski Bank Centralny.

Do mediów poszła kontrolowana ploteczka o przedterminowej dymisji szefowej EBC Christine Lagarde. Zamiast jesienią 2027 miałaby skończyć misję już jesienią tego roku. Umówmy się - normalnie takie doniesienia o rezygnacji ze stanowiska wysokiego, ale jednak dość przezroczystego urzędnika UE, nie musiałyby was szczególnie obchodzić. No chyba że siedzicie w ekonomii czy finansach i was losy EBC interesują.
Ale uwaga. Tym razem nie jest normalnie.
Powiedziałbym nawet, że jest całkiem nienormalnie. Zza doniesienia - nieważne, że w międzyczasie zdementowanego, ta gra cały czas się toczy - wyłania się bardzo czytelny plan. Czy będzie wdrażany w życie? Czy publika to kupi? Czy establishment zaryzykuje? Tego dowiemy się w najbliższych miesiącach. Tu i teraz testowany jest pod niego grunt.
Na razie warto więc wiedzieć, co - tak naprawdę - się tutaj odbywa.
Francuska wojna totalna
Kluczowy jest kalendarz politycznych zdarzeń. W kwietniu 2027 roku dojdzie we Francji do fundamentalnych wyborów prezydenckich. Prezydent Macron - który rządzi już drugą kadencję - nie będzie mógł do nich stanąć.
Oczywiście obóz prezydenta kogoś do boju pośle. Ktokolwiek to będzie, zostanie wystylizowany - jak Macron w latach 2017 i 2022 - na ostatnią nadzieję liberalnej Europy. Jedynego człowieka, który może powstrzymać francuską populistyczną prawicę przed wzięciem władzy w Republice Francuskiej. I przed posłaniem na zieloną trawkę całego kartelu polityków, urzędników, tuzów medialnych i biznesowych trzymających władzę we Francji przez kilka ostatnich dekad. To będzie wojna totalna.
W 2017 i 2022 ten szantaż (albo my, albo koniec świata) się Macronowi udał. Pokonał stojącą na czele opozycyjnego Zgromadzenia Narodowego Marine Le Pen. Teraz prawdopodobnie przy pomocy sądowych tricków nie dopuści jej już do kolejnego startu.
Ale sęk w tym, że liberalny establishment może te wybory, mimo machlojek, i tak przegrać. A to dlatego, że ludzie nie są zachwyceni rządami liberałów. A ich mandat już od dawna wisi na włosku. I co, jeśli przegrają w 2027? Koniec świata?
Dla liberalnego establishmentu na pewno tak. Dotąd zwolennicy innej niż liberalna polityki triumfowali albo w krajach nowej Europy - na Węgrzech, w Czechach, na Słowacji, albo w Polsce. A te kraje dało się (z rosnącym trudem) jakoś zagnać do szeregu kijem i marchewką.
Europejski Bank Centralny jako ostatnia linia obrony?
Liberalnym eurosystemem wstrząsnął oczywiście sukces populistki Georgii Meloni we Włoszech. No, ale Włochy to jednak nie jest Francja. Gdyby Paryż padł, to na placu boju pozostałby już tylko osamotniony Berlin. A tam przecież liberalny establishment też robi bokami.
Koalicja wszystkich sił przeciw AfD na razie się trzyma. Ale czy utrzyma się do końca kadencji? I co potem w roku 2029, gdy rząd Merza będzie musiał rozpisać wybory? A przecież po drodze - też w 2029 - jeszcze wybory do Parlamentu Europejskiego.
Przykład Trumpa w USA pokazuje jednak, że w demokracji potęga symboliczna i finansowa liberałów też może pęknąć. A na to europejski establishment nie jest mentalnie przygotowany. Oni nigdy w prawdziwej opozycji nie byli. To się nie mieści w ich horyzoncie poznawczym.
A jeśli nowa władza zacznie stosować wobec nich choćby część metod, które oni sami używali do neutralizacji przeciwnika? Zaczną mrozić im pieniądze, wezmą pod prokuratorską lupę, przestaną karmić z publicznej kiesy liberalne NGOsy? A jeśli - o zgrozo - zwykłym ludziom zacznie się żyć lepiej? No dramat i apokalipsa!
I tu właśnie wraca Europejski Bank Centralny. Jest to instytucja, która nie była - jak dotąd - jakoś szalenie kontrowersyjna. Zarówno pod kierunkiem Lagarde, jak i jej poprzednika Maria Draghiego, EBC robił z grubsza to, czego oczekiwał establishment w Paryżu czy Berlinie. Może nawet bardziej w tym pierwszym, bo Angela Merkel miewała swoje zastrzeżenia.
Ta dotychczasowa frankfurcka instytucja (bo tam jest właśnie siedziba EBC) nie oznacza jednak, że w przyszłości nie może być zupełnie odwrotnie. Gdyby liberałom udało się obsadzić bank jeszcze w tym roku, to mają pewność, że trafi tam przedstawiciel obecnego establishmentu - czy będzie to Holender, czy Hiszpan jest w tym momencie nieistotne. Ważne, by wiedział, jak kluczowa rola przypadnie mu w operacji "przeczekać populistów". A może nawet wysadzić ich z siodła.
Czy Frankfurt zdusi populistów wysokimi stopami?
Musicie wiedzieć, że prezydent EBC wybierany jest na długie osiem lat. I że zgodnie z doktryną o niezależności banku centralnego nie można go usunąć. Taki liberalny prezes EBC, jeśli okaże się twardym zawodnikiem, może bardzo utrudnić życie populistom, którzy wezmą władzę w Paryżu czy Berlinie.
Jak? Ot, bardzo prosto - prowadząc na przykład nadmiernie restrykcyjną politykę monetarną. Taki "jastrząb" będzie trzymał stopy sztucznie wysoko, tłumacząc, że pilnuje interesu Europejczyków przed inflacją. Te stopy oznaczać będą drogi kredyt w strefie euro, co będzie zabijać aktywność gospodarczą w Europie i rozwalać finanse publiczne krajów strefy euro. To oczywiście przyniesie recesję, ale przecież winą za nią nikt nie będzie obciążał Frankfurtu i jakiegoś urzędnika. Złość społeczna skupi się na rządzących populistach. Właśnie w Paryżu, Berlinie i gdziekolwiek indziej się znajdą.
Proste? Proste. Możliwe? Możliwe. A czy wykonalne? To się właśnie rozstrzyga w zaciszu kilku gabinetów nad Szprewą, Sekwaną oraz Menem.
Rafał Woś












