Epicki zaułek. Bezmyślna wojna z Iranem
Ostatnie wojny amerykańskie zaczynają się od bombastycznych przemówień. Później pojawiają się dziury w budżecie i rachunki za paliwo. Na końcu przychodzi pytanie: "po co to wszystko było?!".

Trwa kolejny dzień "epickiej furii". Z każdą godziną, z każdym wystąpieniem Donalda Trumpa i osób z jego otoczenia przekonujemy się, jak bezmyślnie wywołano wojnę z Iranem. Biały Dom wysyła do świata sprzeczne sygnały.
Raz celem rozpoczętej wojny ma być zmiana reżymu. Innym razem chodzi o usunięcie nuklearnego zagrożenia. Zupełnie tak, jakby celem była medialna demonstracja siły. Telewizyjny show z prawdziwymi ofiarami, ale bez planu na dzień następny. Wcale nie jest jasne, czy obecni liderzy amerykańscy potrafiliby wskazać palcem na mapie Teheran.
Epicki zaułek
Wiele wskazuje na to, że Binjamin Netanjahu nakłonił Donalda Trumpa do podjęcia działań militarnych. A akurat z punktu widzenia premiera Izraela cele wojny są dość jasne. Wewnętrznie polityk chce spacyfikować opozycję, która zarzuca mu naruszanie podstaw demokracji. Zewnętrzne zaś Netanjahu pragnie wykorzystać dogodny moment do obalenia czy osłabienia reżymu, który od 1979 grozi Izraelowi wymazaniem z mapy.
Zamiast walki z "pełnomocnikami" Teheranu w Libanie, Gazie czy Jemenie - lepiej uderzyć prosto w mocodawcę. Co więcej, przykład upadku Syrii mógł zainspirować otoczenie Netanjahu do myśli, że można co najmniej doprowadzić do wojny domowej w ideologicznie wrogim kraju.
Zawalenie się reżymu - tak jak to było z Baszszarem al-Asadem - może przyjść później. Marzenia o wymianie reżymu stają się bardziej zrozumiałe, gdy pamiętamy o niedawnych protestach w Iranie. I gdy sięgniemy nieco w przeszłość. Warto pamiętać, że przed 1979 Iran i Izrael były bliskimi sojusznikami. Trudno to sobie po 47 latach nawet wyobrazić.
Zemsta jak mucha
Spekuluje się również, że owa data - 1979 - może natrętnie jak mucha krążyć gdzieś w głowie niemłodego Donalda Trumpa. To był moment "epickiego" upokorzenia Ameryki przez Iran. Zerwano sojusz. Zaatakowano ambasadę USA w Teheranie. Wzięto zakładników, a próba ich militarnego odbicia zakończyła się amerykańską kompromitacją. Chęć rewanżu na Iranie i powrotu do czasów szachinszacha podobno zawsze gdzieś krążyła po amerykańskich kuluarach. Być może.
W tej chwili jednak są to pomysły wyssane z palca. Amerykanie, w przeciwieństwie do Izraela, nie mają pojęcia, jak skończyć wojnę. Najwyraźniej po spektakularnym porwaniu Nicolasa Maduro z Wenezueli otocznie Trumpa, a może on sam uznał, że w duecie z Netanjahu można usunąć kolejną głowę państwa. Tym razem wrogiego lidera nie uprowadzono, ale zabito. W Europie premier Hiszpanii głośno protestuje przeciwko ewidentnemu łamaniu prawa międzynarodowego.
Prawdopodobnie jednak nie werbalne protesty, ale wysokie ceny gazu, a przede wszystkim ropy są ścianą, z którą może się zderzyć Donald Trump. O geografii czy historii innych krajów azjatyckich polityk może nie mieć wielkiego pojęcia, jednak amerykańskie kursy akcji śledzi uważnie.
Jeśli niezadowolenie przekroczy pewien próg, przyjdą konsekwencje polityczne. Już teraz w ramach obozu MAGA przebija się opowieść, że to wojna Izraela, a nie USA. Niezadowolenie przy każdym tankowaniu na stacji benzynowej może tylko wzrosnąć.
Polityka podstawiania nogi
Wydawałoby się, że to sprawy nam odległe. Nic bardziej błędnego. Wzrost cen gazu i ropy ma także dla nas znaczenie polityczne. W Polsce trwa zupełnie jałowy spór o SAFE. Prezydent usiłuje nas przekonać, że chodzi mu o coś innego niż banalne zaszkodzenie premierowi. To poziom piaskownicy.
W tym czasie Ukraina pokazuje, jak mniejsi gracze mogą zdobywać punkty na światowej szachownicy. Kijów stara się przekonać Waszyngton, że wojna w Ukrainie i wojna w Iranie wcale nie są osobnymi problemami. W końcu ktoś komuś sprzedaje drony Shahed i ich technologię.
Co nie mniej ważne, praktyczne umiejętności w walce z dronami nagle stały się dyplomatycznym atutem. Do prezydenta Ukrainy zaczęły się zwracać z prośbami o pomoc Arabia Saudyjska, Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. To jeden z tych momentów, gdy walczący kraj może błysnąć na międzynarodowej scenie, zaznaczyć swoją obecność i przynajmniej spróbować przeciągnąć na swoją stronę rozkapryszonego lidera mocarstwa.
Gdy patrzę na polskie spory, nie mam wątpliwości, że w sprawach polityki zagranicznej nasi politycy powinni zacząć się uczyć od Kijowa. Cóż, w dzisiejszym świecie państwo walczące o przetrwanie na mapie potrafi prowadzić dyplomację strategiczną. My natomiast, wygodnie siedząc na kanapach kraju NATO i Unii Europejskiej, potrafimy jedynie emocjonować się tym, kto komu bardziej podstawi nogę w sprawach obronności. To żenujące. Ale być może to jest właśnie epicki zaułek Polski?












