Dyrdymały o bezpieczeństwie Europy
W Brukseli sekretarz generalny NATO Mark Rutte oświadczył, żeby przestać opowiadać Europejczykom banialuki o zapewnieniu sobie bezpieczeństwa na własną rękę. W tej wizji militarna polityka Starego Kontynentu nie ma zatem absolutnie żadnego znaczenia.

Kryzys polityczny, jak medal, ma zawsze dwie strony. Po jednej widać przerażone twarze, strach przed gwałtowną i nieoczekiwaną zmianą. Po drugiej stronie tego medalu zaś można ujrzeć rozbiegane oczy tych, którzy w kryzysie widzą dla siebie szansę.
Nie inaczej jest tym razem. Kiedy w Europie bezpośredni sąsiedzi Rosji przeżywają kolejną odsłonę swojego strachu o suwerenność, inni, położeni nieco dalej, kombinują, jak można byłoby obecną układankę geopolityczną obrócić na swoją korzyść. I to może na trwałe.
Dwie strony medalu
Stąd w 2025-2026 wielki powrót pomysłów na strategiczną autonomię Europy. Nie jest to pomysł nowy. Już po II wojnie światowej zastanawiano się nad optymalnym militarnie rozwiązaniem dla Starego Kontynentu. Ostatecznie po pewnych wahaniach stanęło na amerykańskim parasolu, który otrzymał nazwę NATO i trwał dekadami.
Kiedyś pomysłom na europejską armię postawili się Francuzi. Teraz zmienili front. I to oni grają pierwsze skrzypce w promowaniu strategicznej autonomii Europy. Nie bez powodu. W końcu Francja jest w Unii Europejskiej, ma broń jądrową, produkuje uzbrojenie. Wreszcie w drugiej połowie XX wieku - co dziś niebagatelne - prezentuje długą tradycję stawiania się Waszyngtonowi.
W 1966 roku, gdy my w PRL-u obchodziliśmy tysiąclecie państwowości, generał de Gaulle ogłosił wycofanie kraju ze zintegrowanych struktur wojskowych NATO. Amerykanie dostali furii. Ze świeżutkiego gmachu w Paryżu kwaterę wojskowych wyrzucono do Brukseli.
Za czasów Nicolasa Sarkozy'ego rozpoczęto proces odkręcania suwerenistycznych pomysłów z lat 60. Jednakże teraz trumpizm u władzy odpalił tradycję antyamerykanizmu generała de Gaulle'a na sterydach. Od skrajnej prawicy aż po skrajną lewicę wszyscy poważni gracze we Francji wydają się mówić niemal to samo: "czas na strategiczną autonomię Europy", "nie wolno ulegać Amerykanom" i tak dalej.
Niemieckie dylematy
Po drugiej stronie Renu Niemcy chłodno spoglądali na te antyamerykańskie ambicje. Zwykle ukrywały one chęć finansowego oskubania Berlina w ten czy inny sposób, co najmniej poprzez sprzedanie Niemcom francuskiej broni. Mało ukrywane ambicje Paryża do politycznego przewodzenia zjednoczonej Europie także przyjmowano bez entuzjazmu.
Jednak polityczny cyrk pod nazwą Trump II w Białym Domu wydaje się przekraczać ich granice niemieckiej tolerancji. Groźby odebrania Grenlandii chyba przelały czarę goryczy. Nawet Berlin dołączył swoje symboliczne oddziały do wyprawy na skutą lodem wyspę.
Pomruki rosyjskiego niedźwiedzia oraz "sztuka dealu" Trumpa sprawiły, że Niemcy zaczęli z wolna skłaniać się ku francuskiej interpretacji przyszłości Europy. I tu właśnie warto usłyszeć niedawny pomruk z Brukseli.
Teflonowe uwagi
"Teflonowy Mark", jak nazywany jest sekretarz generalny NATO, Mark Rutte zaapelował w poniedziałek w Parlamencie Europejskim, żeby przestać opowiadać, nam, Europejczykom militarne bajki.
Jak na własne, dość wysokie standardy owijania w bawełnę, wypowiedział się wprost. Przede wszystkim zaapelował o skończenie ze "snami" o zapewnieniu sobie bezpieczeństwa bez wsparcia USA. Zdaniem Rutte to niebezpieczny miraż. Państwa Unii Europejskie musiałyby znacząco zwiększyć wydatki na obronność.
Nie wiadomo, skąd czerpał dane, ale sekretarz generalny NATO w Brukseli opowiadał o poziomie sięgającym nawet 10 proc. PKB. Warto pamiętać o wysokim poziomie wazeliniarstwa pana Rutte wobec Donalda Trumpa (to Rutte nazywał Trumpa "tatusiem" na podwórku).
Niemniej w jednym Rutte ma rację.
Wysoki koszt strategicznej autonomii Europy byłby politycznie nie do zniesienia - uwaga - szczególnie w krajach takich jak Niemcy czy Francja. Skok z ok. 2 proc. do 10 proc. zmiótłby wszystkie partie polityczne, które w warunkach pokoju zaproponowałyby wyborcom takie rozwiązanie.
Wysokie wydatki na zbrojenia w krajach takich jak Polska czy Estonia wiążą się bezpośrednio z poczuciem zagrożenia, które na Zachodzie Europy nie występuje. Zatem Rutte zapewnił, że art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nadal obowiązuje i wystąpił przeciw pomysłom stworzenia europejskiej armii zdolnej zastąpić USA.
Dwa niepewne filary
I tu właśnie widać, w jak nowej sytuacji znalazła się obecnie Polska. Nawet my nad Wisłą mamy wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście Donald Trump byłby gotowy przyjść nam z pomocą w potrzebie. Gdy rosyjskie drony wpadły do Polski, relatywizował to naruszenie naszego terytorium. Rozsądne byłoby zatem postawienie na jakąś europejską armię. Jednakże ten scenariusz, choć wydaje się militarnie racjonalny, jest pisany palcem po wodzie.
Nie jest zatem tak, że mamy dwa niewzruszone filary obronności. Mamy raczej dwa niepewne filary obronności. Jeden to art. 5 NATO, drugi zaś - bilateralnie szyty z różnych porozumień, jak ostatnio z Francją w Nancy. W tej sytuacji Warszawa powinna wspinać się na szczyty dyplomatycznych umiejętności w USA i w Europie. Budować solidarność z nami na przekór wszystkiemu. Nic innego nie wchodzi w grę.
Ciekawa to sytuacja, gdy w zasadzie polskie, wewnętrzne podziały partyjne - z tego punktu widzenia - obiektywnie nagle tracą na znaczeniu. Ale nie tylko one. W wizji Ruttego militarna polityka Starego Kontynentu nie ma zatem absolutnie żadnego znaczenia. Trudno zatem przyjmować ją bez oporu.
Jarosław Kuisz









