Dyplomatyczna błazenada
Używanie polityki międzynarodowej do kreowania wewnętrznej polaryzacji osłabia i niszczy państwo. Obóz prezydencko-opozycyjny jest zdecydowanie bardziej krewki w podgrzewaniu emocji, niż Władysław Kosiniak-Kamysz i Radosław Sikorski. A polsko-amerykańskie relacje najbardziej dziś potrzebują mądrej asertywności, realizmu i balansu. Nie możemy być ani wasalami, ani pieniaczami.

Zanim amerykański wiceprezydent J.D. Vance ogłosił, że problem z rotacją czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy jest "standardowym opóźnieniem", które "czasami się zdarza" - a więc wskazał na odpowiedzialność amerykańską - obóz prezydencko-opozycyjny zdążył obarczyć Donalda Tuska winą o zablokowanie sojuszniczej przychylności militarnej i oskarżyć go o psucie relacji polsko-amerykańskich.
Bez symetrii
W odpowiedzi Karol Nawrocki był pytany, czy jego relacje z amerykańskim przywódcą i ruchem MAGA są rzeczywiście takie świetne, skoro sprawy wojsk nie załatwił z Waszyngtonem od ręki.
Jeszcze chwila, a polaryzacja rozgrywana w Polsce wokół spraw bezpieczeństwa i obronności pozbawi nasz kraj międzynarodowej wiarygodności. Bo na śmieszność wystawia nas już dziś.
Nie można z jednej strony żyć w świadomości, że lada dzień Rosja może doprowadzić do kolejnej hybrydowej prowokacji, a z drugiej skakać sobie do gardeł w bitwie o to, kto bardziej kocha Trumpa (i wzajemnie), kto go mocniej obraził lub pochwalił, z czyjej winy wstrzymano rotację wojsk, czy warto pokazywać wschodnie zagrożenie, a także czy Ameryka jest ważniejsza od Europy. Nie ma tu jednak miejsca na symetryzm, tak chętnie używany do opisywania konfliktów.
Obóz prezydencko-opozycyjny jest bowiem zdecydowanie bardziej krewki w podgrzewaniu wewnętrznych emocji, niż szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz i szef MSZ Radosław Sikorski, którzy akurat w kwestii relacji polsko-amerykańskich częściej korzystają z dobrodziejstw sztuki dyplomacji, niż z ciętego języka.
Podczas gdy minister obrony rozmawiał z Petem Hegsethem, a Sikorski z ambasadorem Tomem Rose'em, Jarosław Kaczyński pisał, że polsko-amerykańskie "wzajemne zaufanie rząd Tuska zniszczył w dwa lata". Niby atakowanie władzy to święte prawo opozycji, ale atakowanie na oślep i wbrew faktom sprawia, że cierpi przede wszystkim państwo.
Ani wasale, ani pieniacze
Zresztą stosunek polskich polityków czy skonfliktowanych obozów politycznych do Trumpa - polityka, który niemal codziennie wystawia na próbę zaufanie do Ameryki - cechuje przesada. Z jednej strony wiernopoddańcze skłony i bezkrytyczne uwielbienie, w czym lubuje się prawica, z drugiej obrazoburcza swoboda atakowania amerykańskiego przywódcy, co upodobała sobie parlamentarna lewica.
O ile jedni chcą budować własną siłę polityczną na nieustannym podkreślaniu nadzwyczajnych relacji z Trumpem i ruchem MAGA, o tyle drudzy szukają zwolenników poprzez antyamerykańskie namiętności w Polsce.
Tymczasem polsko-amerykańskie relacje - ze względu na szczególne położenie geopolityczne naszego kraju - najbardziej potrzebują dziś mądrej asertywności, realizmu i balansu. Ani leżenie plackiem, ani brutalna krytyka nie są w polskim interesie, ponieważ stawiają nas na równi z wasalami oraz pieniaczami.
Jeśli rzeczywiście Amerykanie - a właściwie alt-rightowa część administracji Trumpa - rozłożyli parasol ochronny nad Zbigniewem Ziobrą, jak donoszą media, rząd nie może w imię dobrych relacji zmienić swojego twardego stanowiska w sprawie ścigania byłego ministra sprawiedliwości, bo odznaczyłby się słabością, która nie budzi szacunku. Podobnie jak nie powinno się milczeć, gdy Trump obrażał europejskich sojuszników USA, stwierdzając, że w Afganistanie żołnierze "trzymali się z dala od linii frontu". Albo gdy groził Danii. Itd. Itp.
Bronić interesów
Jednak między konieczną asertywną reakcją a obcesowym oznajmianiem, że to Trump szkodzi stosunkom polsko-amerykańskim, jest różnica. Nawet jeśli robią to politycy, którzy nie mają żadnego wpływu na dyplomację, jak choćby skonfliktowany z amerykańskim ambasadorem marszałek Sejmu.
Inaczej mówiąc, Polska musi twardo bronić swoich interesów, ale jednocześnie umieć radzić sobie z ekscentrycznymi zachowaniami sojusznika, którymi coraz bardziej niepokoi się nawet środowisko republikanów.
Teoretycznie mamy jedną rację stanu, która wyraża się w przekonaniu, że w interesie Polski są jak najlepsze relacje z Ameryką i Europą, choć antyeuropejskie obsesje prawicy, na które uczulał Konrad Szymański, mogą być przeszkodą.
Mamy też wiedzę, że to nie Europa wypycha Amerykę ze swojego obszaru, tylko sama Ameryka redukuje obecność wojskową na naszym kontynencie - niekoniecznie w Polsce - i że tę politykę realizuje od lat.
Mamy również prezydenta, który w zgodzie z obozem władzy mógłby dbać o relacje z przychylnym mu przywódcą amerykańskim, i premiera, który w porozumieniu z głową państwa umacniałby polską siłę w Unii Europejskiej.
Zamiast korzystać z tych atutów, polska polityka tonie w dyplomatycznej błazenadzie.
Przemysław Szubartowicz















