Dyplomacje równoległe. Czyli o wizytach Nawrockiego oraz Sikorskiego w USA
Prezydent i wicepremier z wizytami za oceanem. Dwiema osobnymi. Jeśli doprowadzimy do stworzenia "dyplomacji równoległych", będziemy rozgrywani z zewnątrz jak dzieci. Tak z Zachodu, jak i ze Wschodu.

W czasach globalnych przetasowań Polacy beztrosko podstawiają sobie nogę. Kiedyś, po 1989, polityka zagraniczna stanowiła obszar eksterytorialny dla partyjnych sporów. Po PRL-u nie żartowano z zagrożeń geopolitycznych. Czy popełniano błędy? Pewnie. Mnóstwo. Jednak wybaczano sobie te drobiazgi w atmosferze ogólnej powagi. Doskonale przecież pamiętano, co oznaczał do września 1993 roku moskiewski but na polskiej ziemi. Gwarancją suwerenności było dołączenie do NATO oraz Unii Europejskiej.
Paradoksalnie większa powaga dyplomatyczna zatem dominowała w czasach pokoju za wschodnią granicą - niż teraz, w czasach wojennych. W 2025 polscy politycy i niemała część rodaków myślą i postępują tak, jakby nic się nie działo - jakby tuż obok nie było realnej wojny, w której ukraińskie wojska są mozolnie spychane z kolejnych kilometrów.
Jak by nie patrzeć na mapę, militarnie Rosjanie dalej prą w kierunku Polski.
Współpraca z zachodnimi sojusznikami zatem nie przestała być dla Polski sprawą egzystencjalną. 2 września Karol Nawrocki przyleciał do Waszyngtonu, gdzie spotka się z nim Donald Trump. Fakty są takie, że prezydent ma minimalne doświadczenie w sprawach międzynarodowych. Wcale nie chodzi o kompetencje językowe, o których tyle się mówi. To nie jest aż tak istotne.
Znacznie ważniejsze są kompetencje dyplomatyczne, w tym umiejętność takiego mówienia, aby rozmówca USŁYSZAŁ to, co my chcemy powiedzieć. Większość polskich polityków tego nie umie. Startują z pozycji prezentowania polskiego punktu widzenia, który musi zostać zaakceptowany i już. Tymczasem to podejście wydaje się niezrozumiałe, jeśli nie aroganckie. Wtedy część z polityków wybiera drugą strategię: uniżonego współpracownika, który we wszystkim ustępuje. Kłopot w tym, że owa ścieżka prowadzi na ogół do lekceważenia i - także - do niesłuchania.
Przed wizytą w Waszyngtonie
Generalnie zatem należałoby porzucić obie drogi. Solidnie się przygotować merytorycznie do tego, co REALNIE może usłyszeć prezydent USA. Wykorzystać własne przewagi geopolityczne. Dyplomatycznie podbijać własną rangę. To nie są rzeczy, które - jak w polskiej polityce krajowej - rozstrzyga się pseudoułańską fantazją.
Znakomicie tego dowodzi przykład prezydenta Finlandii, który potrafi grać na różnych fortepianach - od głupich rozmów o golfie po umiejętne zaprezentowanie fińskiej racji stanu. Alexander Stubb jest człowiekiem bystrym, gruntownie wykształconym i z ogromnym doświadczeniem w sprawach międzynarodowych. To mu nie przeszkadza, ale pomaga w osobistych kontaktach z prezydentem Trumpem. Krótko mówiąc: on wie, jak w Waszyngtonie NIE prezentować fińskiego punktu widzenia.
Skoro Karol Nawrocki obiektywnie doświadczenie ma mniejsze, nasze wnioski powinny wieść w stronę solidnego przygotowania się do wizyty. Niech sobie zbiera zaszczyty, ale niech też maksymalnie współpracuje z rządem nad wyciśnięciem z Waszyngtonu potwierdzenia solidarności z nami. To trudne, albowiem od dawna Donald Trump chciałby jak najszybciej zakończyć wojnę w Ukrainie, której nie rozumie i nie chce rozumieć.
Wiceprezydent JD Vance zasłynął jako przeciwnik Kijowa jeszcze w czasach, gdy był tylko senatorem (blokował pakiet pomocowy). (Niesławna) awantura w Gabinecie Owalnym z prezydentem Zełenskim - z punktu widzenia wypowiedzi Trumpa i JD Vance'a w roku 2024 - nie była aż taką niespodzianką, jak się niektórym wydawało. Na tym tle zatem trzeba postrzegać możliwości naszego działania w Białym Domu.
Poniżej krytyki, poniżej pasa
W tym czasie jednak politycy wycinają sobie tanie numery i kopią pod sobą dołki, jak gdyby geopolitycznie dalej trwały lata 90., a obok była Rosja Borysa Jelcyna, a nie Władimira Putina. Czy to przy okazji rocznicowych przemówień 1 września, czy też podczas przygotowań do wizyty w USA.
Poufne pismo przygotowujące grunt do rozmów, które z Ministerstwa Spraw Zagranicznych otrzymał Pałac Prezydencki… wyciekło do prasy. Karol Nawrocki w ogóle nie zabiera nikogo z MSZ. Wcale nie trzeba wprowadzać tych powiatowych standardów do dyplomacji ze Stanami Zjednoczonymi (tu przypomnijmy, że w marcu 2024 roku w Białym Domu z prezydentem USA spotkali się razem prezydent Andrzej Duda wraz z premierem Donaldem Tuskiem i nikomu korona z głowy nie spadła).
W ramach dyplomacji równoległej we wtorek Radosław Sikorski spotkał się z sekretarzem stanu USA Markiem Rubio. Doświadczenie ostatnich tygodni dowodzi, że pomysł na dwie polityki zagraniczne wiedzie tylko do jednego: łatwizny w rozgrywaniu Polaków z zewnątrz. Docelowo wiedzie to znów do lekceważenia.
Donald Trump spotyka się z kimś, po czym po kilku godzinach nic nie pamięta. Robi to na serio czy na niby, to wszystko jedno. Polskie sprawy w Waszyngtonie są postrzegane przez pryzmat programu "America First", rywalizacji z neoimperialnymi Chinami czy agresji Rosyjskiej na Ukrainie. Obecnie także rozbijania Unii Europejskiej od środka.
To pokazuje, że nasze pole manewru nie jest wielkie. I że nie we wszystkim powinniśmy bezmyślnie grać z USA do jednej bramki. Jednym ze sposobów na dyplomatyczne podniesienie pozycji Warszawy jest i powinno być przecież - niegłupie - odwoływanie się do członkostwa w Unii Europejskiej.
Jednak politycy PiS i Konfederacji uparcie powtarzają, że to tylko stosunki bilateralne nas windują w rozmowach. To złudzenia wąskiej perspektywy - branej za całą perspektywę. Amerykanie z nowej administracji nie są sentymentalni. Potrafią trzymać krótko najwierniejszych sojuszników na świecie. A znienacka oberwać wysokim cłem może każdy, nawet Tajwan.
Granice ignorancji
W zamian za to różne państwa wykładają na stół pieniądze, kupują broń za oceanem, podlizują się. Polska oczywiście zawsze może zadłużyć się bardziej i kupić trochę amerykańskiego demobilu - licząc, że to najsilniejsza więź, silniejsza niż więź sympatii. Góra pieniędzy zawsze przyciąga uwagę prezydenta Trumpa.
Jednak czy to gwarantuje na dłuższą metę bezpieczeństwo? Nikt nie wie. Od ponad pół roku wszyscy mają wątpliwości, czy art. 5 jeszcze działa. "Polityka zagraniczna zaczyna się w domu", napisał szanowany amerykański (sic!) dyplomata, Richard N. Haass.
W naszym przypadku powinniśmy zacząć od wygaszania podwórkowych konfliktów. Tak się jednak nie stanie. Polacy sabotują się nawzajem od czasów I Rzeczypospolitej. Polskie noże w plecy wbijano sobie przez całą II RP - i to jeszcze latem 1939 roku. Nawet bezpośrednie zagrożenie nie skłoniło politycznych elit do wyciągnięcia dłoni do przeciwnika.
Zatem rok 2025 niczego nie zmieni. Podobnie jak wizyta Karola Nawrockiego zostanie nie tyle przez nas wygrana, ile raczej rozegrana przez USA do dalszego uzależniania odległej Polski od siebie. I drenowania naszego budżetu, choć już teraz w wydatkach na zbrojenia zmierzamy ku 5 proc. PKB. Za cenę paru zdjęć, poklepania po plecach i trumpowskich frazesów o przyjaźni z krajem, którego pewnie nie znalazłby na mapie.
Warto zaglądać za kulisy twardej polityki USA. Złożono nam przecież masę pustych obietnic. W stosunku do zagrożenia wojną wojsk amerykańskich w Polsce jest względnie MAŁO (zaledwie ok. 10 tysięcy żołnierzy; dla porównania armia ukraińska liczy ok. 800 tys. żołnierzy). W tym kontekście niedawne flirtowanie Trumpa z Putinem na Alasce, czerwone dywany, uściski dłoni i uśmiechy z samochodu - nie powinny być łatwo zapomniane. Gdy Trump wyrzuca Europejczyków za burtę rozmów z Kremlem, nie czyni przecież żadnego wyjątku dla Polski.
Stawka zatem rozmów z USA jest wysoka. Partner wyjątkowo wymagający. Na zakończenie oświadczę jasno, że w imię JEDNEJ, polskiej racji stanu trzymam kciuki za OBA spotkania: Nawrockiego z Trumpem, Sikorskiego z Rubio. W Polsce warto się różnić i można się dzielić, byle jednak nie dzielić się głupio, szczególnie tuż po 1 września 1939 - w rocznicę klęski wrześniowej.
Jarosław Kuisz














