Niezależnie od osobistych motywacji Macieja Berka, politycznie jego decyzja o odejściu ma dwa istotne wymiary. Pierwszy to zarzucenie prób przeprowadzania ambitnych i złożonych projektów przez rząd. Drugi z kolei to początek procesu ewakuacji obecnej ekipy rządzącej, w obliczu przewidywanej porażki w przyszłorocznych wyborach.
Maciej Berek jako minister ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, miał faktyczną władzę nad tym, co i w jakim kształcie "przechodziło" przez rząd.
- To jak odejście dyrektora zarządzającego z firmy - zareagował zaskoczony poseł KO, gdy zapytałem go, co sądzi o tej decyzji.
Tusk poświęca niewiele czasu na kontakt z większością ministrów, nie mówiąc już o posłach. Dlatego w tym rządzie potrzebny był ktoś, kto zajmie się po prostu - rządzeniem. Czyli w praktyce przeprowadzaniem kolejnych rozporządzeń i ustaw.
Koalicyjny gabinet oznacza wiele sprzecznych priorytetów koalicyjnych ministerstw, a nawet wewnątrzresortowych sporów, z racji na ogromną liczbę wiceministrów z politycznego klucza. Te spory trzeba przecinać na możliwie najniższym stopniu.
Są też obietnice programowe i decyzje podejmowane ad hoc przez premiera (jak np. deregulacja), które należy wprowadzić w życie pomimo oporu koalicyjnej i urzędniczej materii.
Do tego dochodzi wrogi prezydent, skomplikowana legislacja unijna, której kluczowe znaczenie dla naszego prawodawstwa wciąż mało kto rozumie, lobbing rozmaitych grup nacisku i politycznych graczy. Ktoś, kto ogarnia cały złożony proces, potrafi wprowadzić porządek i sprawnie przeprowadzić jakiś projekt od początku do końca, był w tym rządzie na wagę złota.
Maciej Berek - echa dymisji. Program, jaki program?
Odejście ministra odpowiedzialnego za wdrażanie polityki rządowej oznacza, że i tak niewielka efektywność tego rządu w realizacji priorytetów jeszcze spadnie. To również wyraźny sygnał, że premier i jego najbliższe otoczenie nie przywiązuje do tego aspektu istotnego znaczenia.
Tusk stawia na otwieranie kolejnych fabryk uzbrojenia i inwestycji, które mają pokazać, że Polska gra w europejskiej pierwszej lidze. "Liczą się z nami" - taki sygnał ma płynąć do Polaków. Są też elementy rozrywkowe. Tusk w okularach ogląda zaćmienie słońca. Tusk spotyka się z aktorami serialu "Ranczo". I oczywiście strach: przed dojściem do władzy skrajnej prawicy, która otworzy drzwi dla Władimira Putina.
Chyba tylko naiwni mogliby sugerować, że realizacja priorytetów i obietnic obiecanych w kampanii 2023 mogłaby pomóc wygrać kolejne wybory.
Odejście Macieja Berka przypomina nieco sytuację z końcówki rządów PO w 2015 roku, gdy miał objąć stanowisko w Europejskim Trybunale Obrachunkowym, ale po przejęciu władzy zablokował mu to nowy rząd PiS-u.
Tusk wyjechał wówczas do Brukseli, w Polsce rządziła namaszczona przez niego Ewa Kopacz, ale było jasne dla wszystkich, że "idzie nowe" i że są to rządy schyłkowe.
Tusk ma głębokie przekonanie że "nie wygra się z trendem". Wszystko wskazuje na to, że jest przekonany o tym, że idzie trend na prawicę, ponieważ robi wszystko, żeby się do niej upodobnić, i to niezależnie od liberalnych preferencji swoich wyborców. Jednak KO jest za bardzo mainstreamowa i Tuskowa właśnie, żeby ta mimikra mogła się w pełni udać.
Tusk wygrał wybory w 2023, bo pozwolił ludziom uwierzyć w zwycięstwo. Jeśli pozwoli teraz uwierzyć im w porażkę, to znaczy, że już przegrał w przedbiegach wybory w 2027.
Leszek Jażdżewski















