Dwie Polski, jedna przegrana
Podczas gdy PiS zapomniał o swojej wieloletniej proukraińskiej agendzie i zaczął rywalizować z Braunem w niechęci do Ukrainy, a władza sprawia wrażenie, jakby licytowała się na to, kto mniej Ukrainie pomógł - Polska przestaje się liczyć na arenie międzynarodowej. Poważna debata o naszej racji stanu przestaje być możliwa.

Najnowsza odsłona polskiej wojny domowej - tym razem o to, która władza w jakich proporcjach pomagała Ukrainie - jest gorsząca i ma absolutnie destrukcyjny wpływ na polską dyplomację. Sami na własne życzenie ograbiamy się z siły, argumentów i szans na odgrywanie ważnej roli w polityce międzynarodowej.
Jak nas widzą
Liderzy Konfederacji, a tuż za nimi politycy PiS wspólnie biją antyukraińską pianę, jakby odkryli nowe polityczne złoto. Władza zaś - nieuzbrojona w silne argumenty (rzecznik rządu Adam Szłapka nie umiał odpowiedzieć, ile dokładnie sztuk rakiet Patriot Polska przekazała Ukrainie), pełna obaw o to, jak jej ruchy odczyta opinia publiczna, która jest coraz bardziej niechętna naszemu sąsiadowi - z konieczności wikła się w tę licytację. Ale zarazem sprawia wrażenie, że robi to nie po to, by bronić polskiej racji stanu, tylko po to, by zakrzyknąć "to nie my pomagaliśmy, to oni!".
Bijatyka polskich polityków - w której wodzi obóz opozycyjno-prezydencki, zaś władza z ostrożności sondażowej działa reaktywnie - jest dobrze widziana z oddali. Widzą ją na Kremlu i cieszą się z tego, jak łatwo udało się rozegrać Polaków, osłabiając ich siłę na Zachodzie.
Widzą w Ukrainie i wiedzą, że łatwiej im będzie omijać Polskę i szukać bezpośrednich sojuszy w Europie, co już się dzieje. Widzą w Unii i dowiadują się właśnie, że jako kraj przestajemy być partnerem liczącym się i przewidywalnym, bo mamy dwa ośrodki władzy i dwie wizje polityki zagranicznej.
Widzą wreszcie w Stanach Zjednoczonych, gdzie ludzie Donalda Trumpa jeszcze bardziej przekonują się, że warto stawiać tylko na jedną połowę pękniętej na pół Polski. I nawet jeśli zawieźliśmy do Ankary na szczyt NATO ustaloną wspólnie agendę, polska kłótnia i tam jest widziana i krytycznie analizowana.
Spektakularny cynizm
Jednym z efektów tej sytuacji jest całkowity paraliż poważnej debaty publicznej o najważniejszych sprawach państwa. Nie rozmawia się poważnie o tym, jak "ograć" bezwzględność Wołodymyra Zełenskiego, który w swoim interesie prowadzi realną politykę także wobec Polski.
Zamiast tego rozsiewany jest chaos, w którym miesza się historię, resentyment, dumę narodową i niechęć do "dobrze ubranych Ukrainek". I zapomina się, że konieczność rozliczenia przeszłości wołyńskiej jest tak samo ważna, jak wspieranie współczesnej Ukrainy w walce z putinowską agresją.
Mieszanie tych spraw jest spektakularnym cynizmem tych polityków, którzy wierzą, że mogą na tym zyskać w przyszłorocznych wyborach. Nie rozmawia się także o tym, jak wspólnie - zawieszając w tym obszarze spór - przygotować Polskę na prowokację Rosji i jak wspólnie budować siłę euroatlantycką.
To z powodów czysto cynicznych Prawo i Sprawiedliwość zaprzecza dziś samo sobie i ściga się z Grzegorzem Braunem i Konfederacją na niechęć do Ukrainy, choć kiedyś - nie tylko w czasach Lecha Kaczyńskiego - prowadziło politykę zdecydowanie proukraińską. Za co zresztą politycy Konfederacji atakują teraz największą partię opozycyjną.
Liderzy PiS usiłują zaś robić karykaturę z własnych rządów, podczas których przekazali Ukrainie sprzęt wojskowy o wartości ponad 15 miliardów złotych, wspierali werbalnie zaatakowany przez Rosję kraj, a Jarosław Kaczyński w 2022 roku proponował wprowadzenie tam misji pokojowej NATO.
Gorsząca licytacja
Opowiadanie dziś, że sytuacja się zmieniła, bo Ukraina ma wsparcie Zachodu i radzi siebie z Rosją, więc trzeba było odmówić szefowi NATO i dowództwu amerykańskiemu przekazania Ukrainie kilku pocisków Patriot, na odległość pachnie "przekazem dnia".
Uzasadnia się nim krytykę obecnego rządu za to, że wsparł Ukrainę sprzętem o wartości 1,5 miliarda złotych bez zmniejszenia naszych zdolności obronnych. Paradoks polega na tym, że zarówno pomoc rządu PiS, jak i pomoc rządu Donalda Tuska wymaga raczej pochwał, bo dzięki temu Ukraina wciąż trzyma na odległość Rosję.
Prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, napisał na swoim facebookowym profilu:
Gorzkie, ale prawdziwe.
Przemysław Szubartowicz













