Dwa Zachody, czyli rozpad
Na ścianie Białego Domu Donald Trump polecił zawiesić zdjęcie z Władimirem Putinem. To dla Polaków memento. I symbol tego, jak jeden Zachód pękł na dwa Zachody.

Przeglądam polskie gazety i portale. Czytając rodzimych publicystów, nierzadko czuję się tak, jakbym odbywał podróż w czasie. "Zachód to", "Zachód tamto". Zły, dobry, mądry, głupi. Zachód chwali, Zachód gani… Krótko mówiąc, nuda. Brzmi to jak mdławe echo tego, co o polskich nadziejach i rozczarowaniach Zachodem pisał Czesław Miłosz.
Od 1989 roku - a tak naprawdę o wiele dłużej - to pojęcie, skrajnie niejednoznaczne, realnie dzieliło Polaków. Jedni ów Zachód bezgranicznie wielbili. Inni potępiali. Kłócono się na serio o termin, a często nikt nie miał pewności, o czym mówi. Co liczyło się naprawdę, to opozycja wobec Wschodu (czytaj: ZSRR).
Kto jest głupi?
Właśnie dlatego przez dekady przed oraz po 1989 roku w Europie dominował mit jednego Zachodu: spójnego moralnie, instytucjonalnie i geopolitycznie projektu ponad Atlantykiem. Ów Zachód oznaczał same smakołyki ustrojowe: demokrację, rządy prawa, otwartość gospodarek, trwałe sojusze i przewidywalność reguł.
Z kolei Wschód - autorytaryzm, strefy wpływów, przemoc jako narzędzie polityki. Ten podział porządkował także nasz świat. Upraszczał orientację polityczną. Dawał punkt odniesienia. Dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej był też silnikiem modernizacji: uzasadniał reformy i wyrzeczenia. A na końcu - wejście do UE i NATO, całe społeczne "przyspieszenie".
Problem polega na tym, że tę opowieść zbyt szybko uznano za prawdę. Drogę na Zachód traktowano jak prostą trasę: od niedemokracji do demokracji, od peryferii do centrum, od chaosu do stabilności. Tymczasem Zachód nigdy nie był jednolity.
Obok tradycji konstytucyjnej i liberalnej od zawsze istniał w nim drugi nurt: niedemokratyczny, imperialny, skłonny do hierarchii. Przez długi czas ten konflikt dawał się "przykryć" geopolityką zimnej wojny: w świecie podzielonym na dwa bloki łatwiej było wierzyć, że Zachód równa się demokracja.
Rozpad Zachodu
W 2025 ta zasłona opadła. Donalda Trumpa można lubić albo nie. Fakt jest taki, że w 2020 roku usiłował podważyć wynik wyborów prezydenckich. Dziennikarze donoszą, że dziś podejmowane są działania, aby zniknęły dokumenty, które zadają kłam wersji Trumpa itd.
Ważniejsze jednak, że dzisiejsza Ameryka ucieleśnia zmianę, która nie wzięła się znikąd. Coraz trudniej utrzymać utożsamienie Zachodu z liberalną demokracją. Coraz wyraźniej widać, że istnieją - i istniały - dwa Zachody.
Pierwszy to Zachód demokratyczny: oparty na regułach, instytucjach, ograniczeniach władzy i przekonaniu, że wybory rozstrzygają spór polityczny - nawet wtedy, gdy wynik jest bolesny. To Zachód, w którym rządy prawa nie są dekoracją, tylko mechanizmem, a sojusze mają charakter zobowiązania, nie chwilowej transakcji.
Drugi to Zachód niedemokratyczny - albo, precyzyjniej, Zachód o rosnącej skłonności do niedemokracji. On także lubi mówić językiem wolności, "prawdziwych wartości" i "suwerenności".
W praktyce traktuje instytucje jako przeszkodę, niezależne sądy jako "wrogie bramy", a porażkę wyborczą jako coś, co wolno podważyć, obejść albo delegitymizować. To nurt, który przesuwa spór: z konfliktu w ramach demokracji na konflikt o samą demokrację.
To rozróżnienie jest kluczowe. W demokracji można toczyć ostre wojny kulturowe. Można kłócić się o podatki, migrację czy tożsamość - i nadal pozostawać w logice reguł gry. Granica zostaje przekroczona wtedy, gdy kwestionuje się wiążący charakter wyborów. Gdy przegrana nie oznacza oddania władzy, lecz uruchamia mechanizmy unieważniania wyniku, presji na instytucje, "korekty" rzeczywistości.
Największa zmiana polityczna ostatnich lat polega na tym, że ten drugi Zachód przestał być marginesem. Zyskał masę, język i narzędzia. A gdy wchodzi do centrum, zaczyna wpływać nie tylko na politykę wewnętrzną, lecz także na relacje międzynarodowe.
Zamiast wspólnej normy moralnej: transakcja. Zamiast stabilnych zobowiązań: test lojalności. Zamiast ochrony demokracji jako wartości: instrumentalne traktowanie procedur jako elementu gry medialnej. Zamiast przewidywalności: demonstracyjna "nieprzewidywalność" jako metoda sprawowania władzy. I tak dalej.
Ratunku, gdzie są ramy świata?!
Dla Polski i Polaków to sytuacja nowa. I tu wracam do polskich sporów politycznych z poczuciem, że są boleśnie anachroniczne. Prezydent Nawrocki i wielu innych polityków lubi atakować Zachód, którego już nie ma. To pustosłowie.
Jeśli ktoś wciąż ma wątpliwości, czym różnią się dziś dwa Zachody, wystarczy spojrzeć na ścianę w Białym Domu: obok amerykańskiego prezydenta wisi tam zdjęcie z Władimirem Putinem. To nie detal wystroju. To deklaracja świata, do którego chce należeć obecna Ameryka.
I raczej nie jest to świat przestrzegania zobowiązań wobec mniejszych graczy na mapie. Dlatego spór o dwa Zachody nie jest abstrakcją. To opis realnego rozdarcia, które zmienia warunki podejmowania decyzji politycznych w Europie: od bezpieczeństwa po gospodarkę, od prawa po kulturę. Szczególnie ostro widać je tam, gdzie spotykają się suwerenność, bezpieczeństwo i demokratyczne samostanowienie - na "odsłoniętych krawędziach" porządku zachodniego.
O wiele bezpieczniej geopolitycznie byłoby nam, gdyby ów monolityczny Zachód dalej istniał. Nie ma się jednak co łudzić. Tamtego świata nie ma. Właśnie z takiej perspektywy najłatwiej zobaczyć, że pytanie "który Zachód?" nie jest akademicką debatą o definicjach.
Tak oto znaleźliśmy się w obliczu wyborów podejmowanych pod presją ryzyka, w niepewności i bez obietnicy, że dawne szablony myślenia o świecie czy międzynarodowe instytucje same nas "poniosą dalej". Nie poniosą. Obecna sytuacja geopolityczna okazuje się radykalnie nowa. I czas, aby nasi politycy zdali sobie sprawę, że istnienie dwóch Zachodów wymaga przede wszystkim myślenia o jednej Polsce.
Jarosław Kuisz













