Dwa nazwiska w grze o fotel premiera [OPINIA]
Rekonstrukcja rządu nie zmieniła pozycji władzy, która nadal jest w defensywie i nie umie bronić się przed masywnymi atakami opozycji. Donald Tusk nie wykluczył, że w przyszłości nastąpi zmiana na stanowisku premiera, bo "wszystko jest możliwe". A skoro wszystko, to także to, że ta przyszłość może nadejść szybciej niż się sądzi. W grze są dwa nazwiska.

Rekonstrukcja dała władzy czas, ale nie dała jej ani komfortu rządzenia, ani pewności, że po 2027 roku nie zostanie zmieciona przez prawicowo-populistyczną rewolucję.
Wprawdzie sondaże nie są dziś dla koalicji zupełnie przerażające, a niektóre mogą nawet usypiać jej czujność, jednak sposób zajmowania się przez opozycję oraz bliskie jej media tzw. aferą KPO oraz pierwsze decyzje Karola Nawrockiego pokazują, że będziemy raczej świadkami politycznego wrestlingu w rozwrzeszczanej hali niż cichych szachów w zaciszu gabinetów.
Wodospady obłudy
Do tej rozgrywki, jak pokazała rachityczna odpowiedź na gromki krzyk PiS o "jachtach dla cwaniaków", rząd jest zupełnie nieprzygotowany. A skoro tak, to kolejna rekonstrukcja - tym razem z premierem w roli głównej - może stać się koniecznością wcześniej, niż się przewiduje.
Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla koalicji, której jest głównym liderem, nie ma alternatywy. Jeśli wewnętrzne napięcia rozsadzą ten układ, powstanie rząd mniejszościowy, a potem odbędą się przedterminowe wybory.
Aby dotrwać do 2027 roku i mieć nadzieję na utrzymanie władzy, koalicja nie tylko musiałaby nauczyć się zarządzać sferą informacyjno-propagandowo-językową w dobie mediów społecznościowych i płynnej rzeczywistości, ale także mieć lepszą odpowiedź merytoryczną na sytuacje kryzysowe niż tylko "błędy się zdarzają" lub "to wina PiS".
W przypadku sprawy KPO było to dość proste, ponieważ nie jest ona aż tak jednoznaczna, jak ją maluje propaganda, która zarazem tonie w wodospadach obłudy. Najbardziej zajadle atakowali bowiem rząd ci, którzy milczeli, gdy w czasach PiS marnotrawiono publiczne pieniądze.
Oczywiście problem jest i Tusk musi go wyjaśnić oraz wyciągnąć konsekwencje, żeby nie skończyło się tak, jak na przykład w przypadku utopienia miliardów w elektrowni w Ostrołęce, za co władza PiS nie została nigdy rozliczona.
Dziś widać już wyraźnie, że opozycja, natchniona diagnozami ekspertów od badania nastrojów społecznych, będzie próbowała ustawić debatę publiczną wokół wojny elit z ludem. Trudno wprawdzie w sposób niezachwiany stwierdzić, kto jest tym ludem, a kto elitą, zwłaszcza kiedy "inteligent z Żoliborza" Jarosław Kaczyński nazywa "śmieciami" swoich przeciwników protestujących przy pomniku smoleńskim (protestujących, dodajmy, przeciwskutecznie i dziś już tylko w celach prowokacyjno-awanturniczych).
Nowa polaryzacja?
Jednak w optyce tzw. nowej polaryzacji "góra-dół" umęczeni, biedni i traktowani przez wielkomiejskie elity z wyższością "zwykli ludzie" mają być wehikułem sukcesu wyborczego całej prawicy. Patrzcie - zdaje się głosić nowa narracja - ludzie chcą niskich rachunków, dobrej ochrony zdrowia, szybkich sądów, taniej żywności, a osłaniani przez liberalny rząd burżuje wyłudzają kasę i kupują sobie jachty i maszyny do robienia lodów za grube miliony.
Kiedyś Wojciech Młynarski napisał piosenkę o polskiej "bezinteresownej zawiści". Dziś byłby zapewne oskarżany o pogardę, tak jak o pogardę oskarżany jest socjolog, który opisuje struktury elektoratów pod kątem zamożności. Ale tak właśnie działa próba wzniecenia nowej wojny klas na bazie prymatu "zdrowego chłopskiego rozumu" nad skomplikowaną, niesprawiedliwą rzeczywistością często kulawych i wymagających uzdrowienia mechanizmów państwa oraz relacji społecznych.
Władza nie do końca rozumie, na jaki grunt została przeniesiona polityczna wojna. Prezydent Karol Nawrocki nie będzie oglądał się na stan finansów publicznych i sytuację gospodarczą, bo jego masowo składane prospołeczne projekty, które - jak wyliczyła "Rzeczpospolita" - będą kosztować 125 miliardów złotych, mają służyć głównie temu, by obnażać domniemane nieróbstwo i brak sprawczości rządu.
Tusk przez jakiś czas będzie musiał prowadzić grę na starym boisku, na którym kibicuje mu twardy elektorat, jednak dopiero prawdziwe nowe otwarcie mogłoby dać władzy realny nowy impuls. I musiałoby się wiązać ze wstrząsem politycznym, jakimś "awansem poziomym" premiera na inne stanowisko i wyłonieniem nowej twarzy rządu.
Kto mógłby zastąpić Donalda Tuska?
W grze są dwa nazwiska. Po pierwsze Radosław Sikorski, którego Tusk wyniósł na stanowisko wicepremiera, co okrasił stwierdzeniem, że "wszystko jest możliwe" w kwestii dalszej kariery szefa resortu spraw zagranicznych.
A po drugie Rafał Trzaskowski, który zniknął po przegranych wyborach, zajął się prezydenturą Warszawy, ale pogłoski o jego politycznej śmierci mają być przesadzone, a on sam niekoniecznie chce kończyć karierę jako komentator i były polityk.
To oczywiście pokazuje słabość kadr w Koalicji Obywatelskiej na tle formacji Kaczyńskiego, który ma znacznie więcej zdolnych kandydatów na swoich następców niż Tusk.
Pierwsza okazja do zasadniczej rekonstrukcji może nastąpić w listopadzie, gdy zwolni się potencjalnie wygodne dla Tuska miejsce w fotelu marszałka Sejmu. Kolejne okazje wskaże dynamika polityczna, która tej jesieni i na początku 2026 roku może rozgrzać do czerwoności najbardziej chłodnych komentatorów.
O ile władza będzie umiała odpowiedzieć sobie na pytanie, po co właściwie chce rządzić Polską. Bo prawica wie doskonale, po co jej władza, i do tego celu rozpoczęła już swój bieg.
Przemysław Szubartowicz
















