Dwa lata rządu Tuska. Nieznośna lekkość bezwładności
Koalicja rządząca od dwóch lat podlega przede wszystkim sile bezwładności. Jak nasiona dmuchawca niesiona jest bardziej siłą wydarzeń i politycznych zwrotów akcji niż dobrze przygotowanym planem i determinacją. Ale dostała drugie życie, z którego wciąż może skorzystać.

To właściwie cud, że główna partia władzy - Koalicja Obywatelska - ma tak dobre notowania i zajmuje silne pierwsze miejsce w sondażach, choć rząd ma notowania słabe. To cud, że wciąż - po przegranych wyborach prezydenckich - ma szansę władzę utrzymać po 2027 roku. I to cud, że po tej porażce pojawił się zarys strategii na najbliższe dwa lata.
Wcześniej były zmarnowane okazje i stracone złudzenia. I zaniechania, które teoretycznie powinny się zemścić, ale dziś nie stanowią już trwałego dziedzictwa mijającego dwulecia. Bo władza - w zasadzie bez wielkiego własnego w tym udziału - dostała drugie życie.
W butach PiS
Gdyby politycy odpowiedzialni za koalicyjne decyzje kierowali się pragnieniem podtrzymania społecznego żaru po wspólnym zwycięstwie w październiku 2023 roku, po 13 grudnia - a więc od chwili zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska - rzuciliby się natychmiast w wir twardych rozliczeń i głębokich zmian w odziedziczonych po Prawie i Sprawiedliwości strukturach państwa.
Tymczasem rząd po prostu wszedł w buty PiS. Także programowe, jeśli spojrzeć na przykład na kontynuację polityki socjalnej. Mozolne i powolne moszczenie się w instytucjach opanowanych przez ludzi odchodzącego układu pierwotną energię zamieniło w marazm. Niemożność przeprowadzenia głębokich zmian zaowocowała znużeniem elektoratu, który czekał na więcej.
Po części wynikało to z blokad Andrzeja Dudy, a po części z braku ochoty i woli do zasypywania ówczesnego prezydenta projektami ustaw, by to on brał na siebie odpowiedzialność za brak gruntowych i szybkich reform.
Miał więc być zupełnie nowy rząd, a pojawili się nowi ludzie w wydeptanych przez poprzedników koleinach.
Trzy kamienie milowe
Te dość szybkie oznaki więdnięcia entuzjazmu to był pierwszy kamień milowy koalicyjnej władzy.
Drugi pojawił się wraz z opowieścią, że do wyborów prezydenckich wystarczy trwać, a realnie działać będzie można dopiero po zwycięstwie, gdy Rafał Trzaskowski ruszy do podpisywania ustaw. Opozycja atakowała rząd za brak realizacji stu konkretów w sto dni, komisje śledcze nie miały oczekiwanego impetu, rozliczenia utknęły na etapie werbalnych zapowiedzi, a władza czekała na swoją głowę państwa.
Pewność zwycięstwa była tak wielka, że uśpiła wyborczych taktyków, którzy początkowo zlekceważyli Karola Nawrockiego, a gdy okazało się, że kandydat prawicy zaczyna sobie świetnie dawać radę, na reakcję było już za późno. Im bardziej były już szef Instytutu Pamięci Narodowej był rozliczany ze swojej mętnej przeszłości, tym większe poparcie zdobywał.
W ten sposób trzecim przełomowym momentem w dwuletniej historii władzy koalicji stała się nieoczekiwana przegrana prezydenta Warszawy. To był szok, który zrujnował fantazję o głowie państwa gotowej współpracować z rządem przy wdrażaniu kluczowych ustaw.
Przejściowy delfin na gorycz porażki
Dość szybko ujawnił się w szeregach koalicji brak "planu B" i kiedy wydawało się, że prawicy nic nie jest w stanie zatrzymać na autostradzie do władzy po 2027 roku, premier szybko znalazł sposób, by uspokoić nastroje rządowego elektoratu.
Po pierwsze odebrał przegranemu Trzaskowskiemu ogólnopolską aurę i sprowadził go do roli polityka wyłącznie lokalnego (nawiasem mówiąc, to przyczajenie paradoksalnie wciąż daje włodarzowi stolicy szanse na powrót do wielkiej polityki w roli lidera). Po wtóre zapowiedział przyspieszenie rozliczeń, zastępując Adama Bodnara Waldemarem Żurkiem. A po trzecie na osłodę goryczy porażki wskazał oczekiwanego przez krytyków prezydenckiej kampanii politycznego delfina, jakim stał się Radosław Sikorski.
O ile jednak bardziej zdecydowane działania prokuratury doprowadziły Zbigniewa Ziobrę do ucieczki przed odpowiedzialnością za granicę, o tyle wicepremier i szef resortu spraw zagranicznych dość szybko został "wyciszony" w swoich aspiracjach przywódczych. Dziś jest ważną postacią rządu, ale politykę robi wyłącznie Tusk.
A może sprawczość?
Siła bezwładności odpowiadająca za kondycję władzy jeszcze raz dała o sobie znać. Nagle okazało się, że partia Kaczyńskiego nie skonsumowała wygranej Nawrockiego, pogrążyła się w wewnętrznych wojnach i powoli przestaje być hegemonem na prawicy. Konfederacja i partia Grzegorza Brauna, których elektorat dał wygraną kandydatowi PiS, stały się beneficjentami antysystemowych emocji, ale ich siła powoduje defragmentację oferty prawicowej.
Nieoczekiwanie liderem sondaży - oczywiście po skonsumowaniu poparcia byłej Trzeciej Drogi i kosztem dryfującej nad progiem lewicy - stała się Koalicja Obywatelska, która dostała nową szansę i dwa lata, by znaleźć sposób na to, w jaki sposób nie zostać po następnych wyborach silną formacją w ławach opozycji.
Podobno dwa lata w polityce to wieczność. Wszystko się może zdarzyć. Zwłaszcza jeśli rząd własną bezwładność zamieniłby w sprawczość.
Przemysław Szubartowicz












