Strona rządowa cieszy się, że Prawo i Sprawiedliwość skręca ostro w prawo, bo wtedy jeszcze łatwiej będzie mogła opisywać politycznego przeciwnika jako współuczestnika "brunatnej fali". Cieszy się też, że w PiS nastała atmosfera rozłamowa, bo liczy na pokawałkowanie prawicy. To byłoby przecież świetne alibi, by do wyborów w 2027 roku przystąpić bez żadnej głębszej refleksji, ale za to z taką samą naiwną nadzieją, z jaką przystępowano do wyborów prezydenckich.
Karol Nawrocki - "człowiek znikąd" - miał wszak przegrać z rozpoznawalnym Rafałem Trzaskowskim. Wygrał. Teraz prawica - radykalna, skłócona, rozbita, składająca się już nie z trzech, ale z czterech, a może i z pięciu podmiotów (jeśli Konfederacja pęknie) - ma zagwarantować władzy (startującej być może na jednej lub maksymalnie dwóch listach) przetrwanie.
Władza bez języka
Tyle że żaden aktualny sondaż nie pokazał jeszcze scenariusza, by partia Donalda Tuska mogła po wyborach utrzymać władzę. Od dłuższego czasu widać, że Koalicja Obywatelska jest na prostej drodze do tego, by za półtora roku podzielić los PiS sprzed trzech lat, czyli wygrać, ale bez szans na znalezienie większości.
Wystarczy nawoływanie do mobilizacji, a wybory wygrają się same - taka jest dziś w części środowisk rządowego mainstreamu rozbrajająca swą prostotą świadomość aktualnej sytuacji politycznej. Nie ma, a przynajmniej obóz władzy tego nie ujawnia, politycznego planu na odnalezienie się w nowej rzeczywistości społecznej i medialnej.
Nie ma także, albo nie przedstawiono tego opinii publicznej, nowego języka, którym "liberalna Polska" starałaby się odpowiadać na eksplozję populizmu, umiłowanie nacjonalizmów, triumf teorii spiskowych czy wzrost nastrojów ksenofobicznych. A więc na zjawiska, które stały się integralną częścią dzisiejszej polityki i będą narastać.

Zwiastun pojednania
Pomysł, by naśladować prawicę albo częściowo realizować prawicową agendę sprawdził się co prawda w Danii, gdzie socjaldemokratyczna pani premier prowadzi restrykcyjną politykę imigracyjną, ale w Polsce podobne eksperymenty nie przyniosły prezydentowi Warszawy specjalnych korzyści politycznych. Nawet Przemysław Czarnek, który ściga się z Grzegorzem Braunem na niechęć do Ukrainy, nie jest w stanie przeciągnąć na stronę PiS tych wyborców, którzy odnaleźli się po stronie antysystemowego ekstremizmu.
O ile "liberalna Polska" przebrana za prawicę to symptom bezradności, o tyle rywalizacja miękkiej prawicy z radykalną prawicą o to, kto sięgnie po najgorsze emocje i dotknie najniższych instynktów, zdefiniuje kampanię wyborczą, która już wkrótce się rozpocznie.
W tej sytuacji fantazja o tym, że PiS się rozpadnie i będzie można łatwiej utrzymać władzę, brzmi jak żart z katalogu niepoważnej polityki. Nawet jeśli Kaczyński wypchnie Mateusza Morawieckiego z partii, a sam Morawiecki nie ogłosi nagle, że kocha PiS bardziej niż swoje własne stowarzyszenie, to przecież dzisiejszy ewentualny rozpad może być zwiastunem przyszłego pojednania. Wyborcy lubią takie gesty.
Szanse i groźby
Triumfalne zjednoczenie przed wyborami może skutkować premią w parlamentarnej elekcji. Inny scenariusz zakłada rzeczywiście podział PiS na dwa zwaśnione środowiska, o ile obecny konflikt nie rozejdzie się po kościach, ale to tylko wzmocni szanse polityczne Konfederacji i partii Brauna.
Jeśli obecnie rządzący po wakacjach nie zaproponują nowego otwarcia, nie dokonają głębokich zmian w strukturze rządu i nie przedstawią swoim wyborcom nadziei na to, że rozumieją specyfikę nowych czasów, w których stare gawędy o "złym PiS" już nie działają - przegrają.
Jeśli strona liberalna nie znajdzie własnego języka i nowatorskiej opowieści politycznej na populistyczne czasy i nie zamieni kunktatorstwa w odwagę - nie ma szans z prawicą uzbrojoną w ideologię i wolę zwycięstwa. Jeśli premier na placu boju nadal będzie stał sam jak palec, bo inni poważni gracze zostali odesłani na "cmentarzyka politycznych słoni" - rozczarowani wyborcy pozostaną rozczarowani.
Prawica stoi dziś przed niepowtarzalną szansą trwałego zabetonowania sceny politycznej i (z pomocą Karola Nawrockiego) zmiany ustroju Polski. "Liberalnej Polsce" grozi nicość.
Przemysław Szubartowicz
















