Droga do katastrofy
Gdyby Zełenski nie grał na ukraiński nacjonalizm, nie prowokowałby znów Polski. Gdyby Nawrocki nie był zakładnikiem Konfederacji i opozycyjności wobec rządu w każdej sprawie, byłby prezydentem deeskalacji bez uszczerbku na honorze. Wystarczyłoby, aby mówił głosem samego siebie z czasów, gdy był prezesem IPN. Tymczasem w relacjach polsko-ukraińskich jesteśmy na drodze do katastrofy. Wbrew polskiej racji stanu i rozsądkowi.

Relacje polsko-ukraińskie zmierzają do zniszczenia, a wina za ich systematyczne pogarszanie się leży po obu stronach. To fatalnie wróży na przyszłość, a kto tego nie rozumie, musi cofnąć się do nieodległych czasów, gdy i Jarosław Kaczyński, i Mateusz Morawiecki, i politycy obozu liberalno-lewicowego, jak jeden mąż przekonywali, że wolna Ukraina ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem i suwerennością Polski. I że nie można pozwolić na upadek tego państwa. I że nasze relacje muszą być dobre.
Polska racja stanu
Taka była i jest nasza racja stanu bez względu na to, jak bardzo podzieliły nas kwestie historyczne (które przecież dzielą nas od lat, a nie od wczoraj). Sojusz współczesny jest niszczony przez przeszłość, bo żadna ze stron nie umie oddzielić tych dwóch światów w obliczu aktualnych potrzeb politycznych. A pewnie także dlatego, że przez lata nie wypracowano stabilnych kanałów i płaszczyzn na rozmowy o rozliczaniach oraz pojednaniu.
W tej sytuacji nieszczęściem jest to, że prezydent Karol Nawrocki nie jest już szefem Instytutu Pamięci Narodowej, a został głową państwa z politycznymi długami. Wtedy był historykiem, który potrafił bardzo klarownie nazwać UPA organizacją zbrodniczą, jednocześnie stwierdzić, że "swoich bohaterów Ukraińcy mają prawo wybierać sobie sami, nawet jeśli dla nich bohaterem jest Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz", a także w następnym zdaniu upomnieć się o konieczność pochowania polskich ofiar zbrodni wołyńskiej.
O ile dziś Nawrocki nie chce zabiegać o poparcie Prawa i Sprawiedliwości, bo je bezapelacyjnie posiada, o tyle musi liczyć się z Konfederacją i Koroną, których elektorat poparł go na kredyt.
Karta antyukraińska jest więc w grze, a politycy cynicznie ją wykorzystują do zdobywania poparcia i podsycają rosnące negatywne nastroje.
Dwie twarze Nawrockiego
Paradoksalnie jako szef IPN Nawrocki postępował w tej sprawie niczym prawdziwa głowa państwa, licząca się z dyplomatyczną koniecznością godzenia różnych racji. A gdy został prezydentem, porzucił dawny sznyt i wszedł na drogę brutalnej polityki, która z funkcją głowy państwa ma niewiele wspólnego.
Można powiedzieć - choć wicemarszałek Sejmu z Konfederacji Krzysztof Bosak twierdzi, że straszenie Rosją już nie działa, a przecież działać powinno, bo Rosja zagraża demokratycznemu światu - że Władimir Putin nie mógł wymarzyć sobie lepszego scenariusza.
Oto niedawni sojusznicy - jak celnie zauważył były prezydent Aleksander Kwaśniewski - oddali swoje sprawy w ręce radykałów, a to będzie nakręcać spiralę nienawiści. Szans na deeskalację w tej chwili nie ma.
Nawet jeśli sam Wołodymyr Zełenski nie jest radykałem, to - z powodów wewnętrznych i politycznych - zaczął radykałom służyć. Duża część zmęczonego wojną społeczeństwa ukraińskiego jest ukąszona nacjonalizmem, który zderza się ze wszystkim, co było dotychczas umiarkowane i koncyliacyjne po stronie polskiej. Nasz rodzimy nacjonalizm także ruszył do walki, która nigdy nie może być rozstrzygnięta pozytywnie, ponieważ w tym uniwersum nikt nigdy nikomu nie ustępuje.
Wspólnota oburzenia
Zderzenia nacjonalizmów - mówił niedawno w tym kontekście w Polsat News (w "Najważniejszych pytaniach") socjolog i filozof prof. Janusz A. Majcherek - prowadzi zawsze do najgorszych rzeczy, na co przykładów historycznych, odległych i nieodległych, nie brakuje.
Kiedy wydawało się, że odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez Nawrockiego w odwecie za to, że ukraińska jednostka wojskowa otrzymała patronat "Bohaterów UPA", to apogeum konfliktu, prezydent Ukrainy postanowił znów zagrać kartą historyczną. I znów wywołał w Polsce oburzenie zarówno po stronie opozycji, jak i polityków obozu władzy, którzy zaczynają grać pod radykalizujące się nastroje społeczne.
Skierowanie do Rady Najwyższej Ukrainy projektu ustawy w sprawie utworzenia Panteonu Narodowego połączone z oświadczeniem, że "nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować" - wywołało w Polsce oburzenie i kolejne deklaracje odwetowe, że możemy zablokować Ukrainie drogę do Unii Europejskiej.
Tak i… nie?
Czy Zełenski popełnił błąd? Tak. Czy Polska powinna odpowiedzieć? Tak. Czy były lepsze sposoby niż odebranie Orderu Orła Białego? Tak. Czy mamy prawo domagać się ekshumacji i stać na straży pamięci ofiar Wołynia? Tak. Czy Ukraina powinna być naszym sojusznikiem, bo sojusze zawiera się z państwem, a nie aktualnym prezydentem? Tak. Czy w interesie Rosji jest wzajemne eskalowanie konfliktu? Tak. Czy powinno się oddzielić sprawy historyczne od współczesności? Tak. Czy budowanie polityki na nastrojach antyukraińskich może prowadzić do aktów agresji? Tak. Czy powinniśmy się przeciwstawiać rosnącej nienawiści wobec tych, którzy uciekli do nas przed wojną, a my przyjęliśmy ich z otwartymi ramionami? Tak. Czy prezydent Nawrocki powinien dążyć do mądrej deeskalacji bez uszczerbku na polskim honorze w imię naszej racji stanu? Tak.
Czy to się uda jeszcze naprawić? Wątpię.
Przemysław Szubartowicz















