Donald Tusk w stylu retro. Mamy 2025 czy 2009 rok?
Polski premier sprawia wrażenie, jakby zatrzymał się w czasie w cudownych (dla siebie) latach 2009 albo 2011. Jest mu tam generalnie bardzo dobrze. Tylko co z nami, nieszczęsnymi, którym przyszło żyć w roku 2025?

Publicystyka w Interii to pełen przekrój opinii: od lewa do prawa i z powrotem. Felietoniści portalu z różnych perspektyw komentują dla naszych czytelników to, co dzieje się tu i teraz. Więcej komentarzy znajdziecie w sekcji Felietony.
Słuchając Donalda Tuska, bardzo często łapię się na myśli, że… zaraz, zaraz… przecież ja to już gdzieś słyszałem. Bo zawsze jest dokładnie tak samo. Najpierw zapowiedź czegoś nowego, wielkiego, przełomowego. Bo teraz to się dopiero zacznie. Dość wykrętów i bimbania. Okręty spalone, możemy tylko do przodu. I tak dalej...
A potem przychodzą te "przełomowe pomysły". I one właśnie trącą - by tak rzec - myszką. Są jak ciągle ten sam kotlet wyciągany z lodówki przy okazji każdych kolejnych odwiedzin u superstareńkiej ciotuchny. Właśnie nie "taki sam", ale wręcz "ten sam". Przykryty coraz grubszą zielonkawą powłoką i coraz bardziej podejrzanie pachnący.
W tych dniach mam nawet wrażenie, że z Tuskiem jest coraz gorzej. I że im dalej od wyborów roku 2023, tym bardziej premier ucieka w przeszłość. Widzi, że mu nie idzie, więc sięga po rozwiązania, które mu kiedyś wyszły. Albo kojarzą mu się z tym, że generalnie kiedyś to wychodziło.
Nowe stare pomysły premiera
Przykłady? Proszę bardzo. Choćby z najnowszej rekonstrukcji gabinetu. Nowego ministra sportu Jakuba Rutnickiego Donald Tusk przedstawił jako osobiście odpowiedzialnego za plan… rozbudowy orlików. Chodzi oczywiście o powrót do sztandarowej inicjatywy z czasów pierwszego Tuska, gdy w Polsce w przededniu Euro 2012 powstało ok. 2,5 tysiąca małych boisk piłkarskich. A teraz powstać mają kolejne, bo przecież Polska czeka na wielkie inwestycje strategiczne. No to dostanie inwestycje strategiczne, że jej w pięty pójdzie.
Albo Tusk otwarcie liczący na to, że rozjedzie swoich przeciwników, pokazując, jak to załatwił w Brukseli największy budżet w historii UE. W tym celu premier już rok temu uplasował w nowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen swojego zausznika Piotra Serafina w roli komisarza ds. budżetu. Dokładnie tak, jak zrobił 15 lat temu z Januszem Lewandowskim w komisji Jose Manuela Barroso.
Nic to, że to nie komisarz Serafin (ani żaden inny) faktycznie decyduje o tym, na co i dla kogo idą grube miliardy z budżetu UE. I że faktycznie decyzja o alokacji środków zapada w trójkącie szefowa KE, liderzy największych państw i Parlament Europejski. A tu Niemcy zdążyli już zgłosić swoje weto i z rekordowego budżetu może nic nie wyniknąć.
Dla Tuska to niezbyt ważne. On liczy, że tak jak wtedy w latach 2010-2011 sprzedawał się polskiej opinii publicznej jako ekspert od załatwiania nam unijnych pieniędzy, tak dziś powtórzy ten sam manewr. I znów rozbije bank.
Przyjaciel biznesu? Było, było...
Mało przykładów? No to może jeszcze "Tusk przyjaciel biznesu". Próbujący w roku 2025 wyjść z politycznej defensywy, ogłaszając wielką "ofensywę deregulacyjną". Podobnej do tej, którą robił lata temu rękami ministra Gowina. W praktyce społeczny odbiór tej inicjatywy jest w zasadzie zerowy, faktyczne deregulacyjne pomysły ocierają się o symulakrę i nawet miliarder Rafał Brzoska grzecznie się od inicjatywy zdystansował.
I tak dalej, i tak dalej. Wszystko to pokazuje nam premiera, który żyje najchętniej w świecie sobie dobrze znanym i bezpiecznym. Takim, gdzie na wszystko reagować można znanymi skryptami. Nie działa? Czekajcie, czekajcie. To zróbmy tak jak wtedy, pamiętacie?…
Może i każdy tak czasem robi. Ale wydaje mi się, że u Tuska doszło to do jakiegoś ekstremum. Niedawno Piotr Nisztor z "Republiki" informował o tym, że głównym kadrowym premiera w spółkach skarbu został… jego dawny kompan z KLD Jan Krzysztof Bielecki (młodsi czytelnicy pewnie będą musieli sprawdzić, kto zacz). Coś czuję, że innego starego wiarusa z ekipy gdańskich liberałów Janusza Lewandowskiego nie mamy w zrekonstruowanym rządzie tylko dlatego, że ma bezpieczniejszą posadkę w Parlamencie Europejskim.
Donald Tusk a wyzwania współczesnego świata
Taki Tusk w stylu retro siedzący sobie wygodnie w swojej strefie komfortu jest oczywiście poważnym problemem dla całej własnej politycznej formacji. I to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że powtarzanie w kółko tych samych schematów w zasadzie wyklucza uczenie się na błędach.
Tak jest choćby w przypadku wojny z obrońcami granic, na jaką rząd Tuska w tym momencie idzie. Robiąc w zasadzie dokładnie to samo, co 15 lat temu wojując najpierw z kibicami (chodziło o zamykanie stadionów i aresztowania wśród fanów sprzedawane opinii publicznej jako "walka z chuliganerią"), a potem ze związkami zawodowymi (oburzonymi antyspołeczną polityką rządu, a szczególnie tym, że Tusk przeprowadził podwyżkę wieku emerytalnego bez konsultacji społecznych).
Obiema tymi wojenkami premier zantagonizował ważne, liczne i dobrze zorganizowane ruchy społeczne. I bardzo się to na Platformie Obywatelskiej w wyborach 2015 roku zemściło.
Po drugie, Tusk żyjący w wiecznym roku 2011 nie rozumie wyzwań współczesnego świata. Nie widzi na przykład tego, że stosunek większości Polaków do integracji europejskiej zmienił się z naiwnej afirmacji do dojrzałej postawy krytycznej. Dlatego polskiej publice nie da się już tak łatwo sprzedać jej kolejnej "rekordowej" perspektywę finansowej UE jako deszczu pieniędzy dla biednej Polski od dobrej cioci Unii.
Polacy wiedzą już dobrze, że bycie we Wspólnocie ma wiele kosztów, których nie widać w prostym zestawieniu finansów. I że w ślad na przykład za funduszami spójności idą orzeczenia TSUE, który rości sobie pierwszeństwo nad prawem stanowionym przez polski parlament. Wiemy też już bardzo dobrze, że pieniądze wracające nad Wisłę via Bruksela bardzo często są znaczone. To znaczy przypisane ściśle do konkretnego celu. A cel ten nie zawsze jest spójny z naszą własną wizją rozwoju. Lecz przeciwnie - zmusza Warszawę do przyjęcia wizji brukselskiej - na przykład związanej z niekorzystną dla Polski agendą klimatyczną.
Tusk, który tego wszystkiego nie łapie, ciągnie i będzie ciągnął w dół cały swój rząd. To oczywiste.
Rafał Woś












