- Ja nie jestem taka ciotuleńka - oznajmił Donald Tusk, rozmawiając w ogrodach Kancelarii Premiera z dziennikarzami. Byłby według swoich słów "ciotuleńką", gdyby nie podjął walki ze złem, które pleni się w instytucjach wciąż kontrolowanych przez PiS. Ale on się nie boi niczego i wysyła do Trybunału Konstytucyjnego swojego ministra sprzed kilku zaledwie dni Macieja Berka.
Ta ogrodowa przemowa premiera ma szansę zająć wysokie miejsce w konkursie na absurd roku. Czym mocniej Tusk zapewniał, że jest przeciw przechodzeniu z polityki do Trybunału, tym żarliwiej tłumaczył, że wybór Berka, którego dopiero co nazywał "moją prawą ręką", jest koniecznością.
Skąd według niego ta konieczność? Bo sytuacja jest nadzwyczajna. Trybunał trzeba naprawić i właśnie Berek jest na to jedyną receptą. W czym akurat ta osoba ma pomóc? Nie wiadomo, bo żaden scenariusz "naprawy" nie został przedstawiony.
Berek taki jak inni?
Oczywiście fakt, że Berek ma oceniać ustawy, które zaledwie wczoraj kierował do Sejmu, ma coś z farsy. A zarazem przechodzenie z polityki wprost do TK to jeden z trwalszych politycznych obyczajów III RP.
Nieprawda, że wymyślił go PiS, choć postrzega się jego aktywność w obsadzaniu Trybunału przez pryzmat posłanki Krystyny Pawłowicz i posła Stanisława Piotrowicza. Ale wcześniej byli Jerzy Ciemniewski z UW, Marek Mazurkiewicz z SLD, Leon Kieres z PO, Marek Kotlinowski z LPR - to zaledwie kilka przykładów.
Choć prawda, że nikt do tej pory nie przechodził tam wprost z rządu. No i kultura polityczno-prawna była wyższa. Bo można być politykiem, a potem sędzią do pewnego stopnia niezależnym. Ale coraz o to trudniej, gdy obozy polityczne to warowne twierdze.
Berek jako sędzia to pewnie nie wielki dramat, bo nie będzie się on w TK wiele różnił od pozostałych, skierowanych tam przez obecną koalicję prawników. To przeważnie reprezentanci do cna upolitycznionych organizacji sędziowskich, albo ludzie zasłużeni w pisaniu ekspertyz dla obecnej władzy.
Rzecz w tym, że to nie ja, a obecna koalicja używała argumentu o "PiS-owskich politykach w Trybunale". To był, poza tzw. sędziami dublerami, koronny argument za ignorowaniem TK.
Czteroletni czas karencji dla polityków, nim wejdą do Trybunału, wpisano nawet do koalicyjnej ustawy. Zawetował ją prezydent Andrzej Duda, bo była ona, poza tym sensownym zapisem, częścią scenariusza przejmowania takich ciał przez obecną władzę.
Przekonanie, że TK jest nachylony w stronę prawicy z powodu Pawłowicz czy Piotrowicza był tak naprawdę elementem myślenia magicznego, albo propagandowym pretekstem. Był nachylony, bo przez osiem lat swoich rządów PiS mógł wprowadzić do niego ludzi sobie bliskich, na ogół nie polityków. Ale argumentu o koniecznym "odpolitycznieniu" używała obecna koalicja. Po czym premierowi nagle się odwidziało.
Maciej Berek w TK? Sojusznicy przeciw
Kiedy pomysł z Berkiem ujrzał światło dzienne, przez chwilę pomyślałem, że Tusk wrzucił w przestrzeń coś, z czego się wycofa. Przecież zaatakował go frontalnie prof. Marcin Matczak, znaczący prawniczy sojusznik obecnej władzy. On wziął serio hasło "odpolitycznienia Trybunału". I po raz kolejny odkrył, że Tusk łamie głoszone przez siebie zasady, kiedy jest mu to wygodne.
Ale odezwał się też chór polityków partii sojuszniczych. W praktyce wszyscy odmówili w tej sprawie poparcia Tuskowi, nie tylko Anna Maria Żukowska, która poszła najdalej, bo zapowiedziała głosowanie przeciw, a jest szefową klubu Nowej Lewicy. Ale bąknął coś tradycyjny malkontent Marek Sawicki z PSL. Przemówiły krytycznie oba kluby, które powstały z rozłamu Polski 2050. Do sytuacji, gdy wszyscy koalicjanci są przeciw KO, chyba nie doszło jeszcze ani razu.
A Tusk jednak się zdecydował. Sprzeciwy Marcina Matczaka mu w niczym nie zagrożą. Zresztą zastępy liberalnych prawników szybko znajdą wytłumaczenie: ICH sędziowie (także prokuratorzy) są zawsze polityczni, NASI z definicji niezależni, niosący praworządnościowe uzdrowienie. Berek był na dokładkę bezpartyjny i podobno kłócił się z premierem.
Co jednak począć z koalicjantami? Ich deklaracje już padły. Poseł Sawicki powiedział dowcipnie, że premier będzie musiał w tej sprawie połknąć swój język. Ale czy nie będzie raczej tak, że to Sawicki, a na pewno jego klub, będą skazani na połknięcie języka? Możliwe, że Tusk wręcz wykorzysta tę pozornie przegraną inicjatywę, aby raz jeszcze połamać sojusznikom kręgosłupy.
Zdaje się, że żadne z tych ugrupowań nie wyklucza, że w ostateczności jego kandydaci będą startować ze wspólnej listy pana premiera. Woleliby tego uniknąć, śledzą z zapartym tchem sondaże.
Ale szef bijącego rekordy niepopularności rządu jest wciąż silniejszy od nich. Choć oczywiście gdzieś na dnie umysłu komentatora rodzi się pytanie: Może ta awantura będzie dla Tuska zbyt kosztowna? Po co mu ona? Może pierwszy raz przegra wewnątrz koalicji?
"Plan B", czyli pozorny ratunek
Co znaczą tajemnicze uwagi Tuska o kluczowej roli Macieja Berka w naprawianiu Trybunału? Możliwe, że trzeba je czytać łącznie z kolejnym "planem B" ministra Żurka. Który zapowiedział w Polsat News, że na jesieni nastąpi nadanie dziś zdekompletowanemu ciału nowego życia.
Na czym to miałoby polegać? Najpewniej na próbie pozbawienia obecnego prezesa Bogdana Święczkowskiego immunitetu, wspólnie przez nowych i część starych sędziów. Nie oznacza to jego usunięcia z TK, ale pozbawienie go funkcji kierowniczej.
Być może Berek miałby być jego następcą. I mógłby dopuścić do orzekania nowych członków, tych których nie zaprzysiągł prezydent. Powiedzmy szczerze, Nawrocki odmówił im ślubowania bez klarownej przesłanki prawnej. Choć również żadna przesłanka prawna nie stała za wcześniejszym nieuznawaniem Trybunału przez obecną koalicję.
Teraz prezydent odpłaca pięknym za nadobne, blokując przy okazji przemianę TK w maszynkę do głosowania koalicji. Możliwe, że i samego Berka Nawrocki zatrzyma w przedpokoju, co bardzo ten plan utrudni.
Jeśli jednak jesienią Trybunał stanie się taką maszynką, rząd Tuska zyska na ostatni rok swoich rządów dodatkowe wsparcie. Czy wartość takiej pomocy będzie duża? Co miałby taki przejęty organ zrobić dla rządu?
Zarazem trudno się oprzeć wrażeniu, że z omletu nie zrobi się na powrót jajek. Z organu jakoś tam pilnującego praw konstytucyjnych Polaków Trybunał zmienia się w fasadę.
Zaczął ten proces PiS, ale decydujący cios zadała obecna koalicja. Mogła doczekać wygasania kadencji kolejnych prawicowych sędziów, by ich zastąpić swoimi. Wolała ruchy nacechowane groteskową rewolucyjnością.
Jeśli jesienią następnego roku wybory wygra jednak prawica, ona z kolei uzna Trybunał Tuska za nieistniejący. I przestanie publikować jego orzeczenia. Powody się znajdą. Żurek w swoim "planie B" zapewne nagnie konstytucję.
Różnica będzie taka, że kiedy poniżano Trybunał PiS-owski, europejski mainstream milczał lub się cieszył. Kiedy sparaliżowany zostanie Trybunał Tuska, ten sam mainstream się oburzy.
Piotr Zaremba
















