Dobry, zły Orban. Polskie kreskówki o węgierskim premierze
Kumpel Putina czy bratanek do "bitki i szklanki"? Zakała Unii Europejskiej czy nadzieja na zmianę i obrońca ściganych nad Wisłą polityków prawicy? W polskim stosunku do Viktora Orbana niewiele jest racji stanu. To po prostu przedłużenie walki partyjnej i emocji z nią związanych, a sam premier Węgier zamienia się u nas w postać z kreskówki.

Czy Viktor Orban jest dobrym czy złym człowiekiem? Czy jest miły i nas lubi, czy tylko udaje? A może tylko część z nas lubi, ale bardziej lubi Rosjan?
Aby odpowiedzieć na te głęboko w duszę sięgające pytania, premier Węgier powinien zostać poddany hipnozie albo należałoby zafundować mu serum prawdy, byśmy wreszcie poznali fakty.
Tylko że w polityce międzynarodowej nie powinna mieć ona większego znaczenia. Viktor Orban, podobnie jak inni przywódcy państw, powinien być dla Polski okolicznością. Jeśli któryś z nich darzy Polskę sentymentem, to mamy dodatkowy czynnik nam sprzyjający.
Ale generalnie, w przybliżeniu, można założyć, że zagraniczny przywódca będzie realizował interes swój własny, potem partyjny, w końcu państwowy. Czasem, w przypadku wybitnych jednostek, ta kolejność się zmienia, ale nam będzie sprzyjał tylko tam, gdzie pokrywa się to z powyższymi trzema obszarami.
Polska rapsodia
W ciągu długich, i nie pierwszych, rządów węgierskiego premiera jego percepcja nad Wisłą coraz bardziej zaczynała przypominać kreskówkę, gdzie postaci są w pełni złe albo dobre, ich zachowanie przerysowane i zdeterminowane.
Zapewne większość nadających ten przekaz zapiekłych wrogów i gorących miłośników Viktora Orbana w te przekazywane przez samych siebie bajki wierzy. Pozostaje oczywiście, jak w każdej innej sprawie, elitarna grupa, która pisze owe narracje dla niżej usadowionych w hierarchii i mniej zorientowanych, a także bardziej podatnych na emocje podwładnych lub wyznawców.
W ten sposób mamy do czynienia w polskiej przestrzeni publicznej z dwiema opowieściami, z których jedna jest firmowana bezpośrednio przez tweety szefa rządu, a druga przede wszystkim przez część prawicowych mediów.
Oto Orban staje się zdrajcą zjednoczonej w obliczu rosyjskiego zagrożenia Europy, a kto go dotknie, ten - jak w dziecięcej zabawie w ganianego - też zostaje "zakażony". Wedle drugiej to samotny buntownik, który przeciwstawił się brukselsko-niemieckiej dominacji nad Europą.
Uprośćmy to zresztą. Orbana lubią politycy i wyborcy PiS, a nie lubią politycy i wyborcy KO. To jedyna istotna tak naprawdę walka, w jaką są zaangażowane elity naszego kraju. Walka toczona na emocje, ale dotycząca spraw konkretnych: władzy, pieniędzy i prestiżu.
A Viktor Orban ma z perspektywy Polski tyle znaczenia, ile można go w niej użyć. Zresztą trzeba przyznać, że nie trzeba go dwa razy o to prosić, podobnie jak brukselskich komisarzy, sędziów lub niemieckich czy amerykańskich ambasadorów. Kłócący się Polacy zawsze byli łatwym łupem zewnętrznych manipulatorów.
Gulasz po niemiecku
Nie jestem specjalistą od wewnętrznej polityki węgierskiej, a niniejszy tekst tak naprawdę dotyczy nieszczęścia polskiej dyplomacji, która stała się wyłącznie funkcją walki partyjnej. Nasz stosunek do Viktora Orbana jest tego najlepszą i najbardziej krystaliczną egzemplifikacją.
Jak sobie poradzić z Orbanem prawdziwym? Czyli mocnym liderem słabego, małego państwa? Państwa surowcowo uzależnionego od Rosji, niemającego potencjału gospodarczej samowystarczalności (który poza gazem i ropą ma Polska).
Narodu, który ponad wiek temu miał ambicje tworzyć regionalne mocarstwo, a stał się okrojonym państewkiem, z rodakami pozostawionymi za granicami, które w wyniku feralnego wyboru strony w drugiej wojnie światowej zostało jeszcze bardziej zmarginalizowane.
Jak sobie poradzić z tym, że Orban z jednej strony spotyka się z Putinem i jest wrogi wobec Zełenskiego, ale zarazem starał się jak mógł o KPO i naciskał innych partnerów, by szybko z niego skorzystać?
I jak poradzić sobie, przede wszystkim, z gigantycznym, pogłębiającym się uzależnieniem węgierskiej gospodarki od… nie żadnej tam Rosji czy Chin, a Niemiec. Niemieckie firmy zatrudniają 200-300 tysięcy węgierskich pracowników, wymiana handlowa (ponad 70 mld euro rocznie) jest rekordowa.
Na Węgrzech mocno obecni są wszyscy trzej najwięksi reprezentanci niemieckiej branży samochodowej, ubóstwianej wręcz przez Orbana. Utrzymuje on zresztą bieżące relacje z niemiecką elitą gospodarczą i biznesową, a sam zawdzięcza karierę częściowo Helmutowi Kohlowi i legendzie niemieckiej ekspansji gospodarczej z lat 80., Ottowi Grafowi Lambsdorffowi.
Jak to wszystko opowiedzieć polskim elektoratom i influencerom medialnym oraz politycznym bokserom? Lepiej nie mówić.
Sojusznicy w nieinkluzywności
Trudno mówić o jakiejkolwiek skutecznej polityce zagranicznej, jeśli na potrzeby rynku wewnętrznego udaje się, że partner jest kimś innym, niż jest. A Węgry odgrywają dla nas istotną, choć też nieprzesadnie, rolę. My dla nich większą. Są dużym odbiorcą polskiego eksportu żywności.
W interesie Polski jest odciąganie Węgier z orbity Putina, wciąganie ich w orbitę takich organizacji jak Trójmorze (gospodarka, infrastruktura) czy Międzymorze (polityka, bezpieczeństwo).
Dzisiejsze państwo Orbana, rozpięte między zależnością od rosyjskich surowców i niemieckich pieniędzy, nie jest tu mocnym sojusznikiem i wątpliwe, czy zmieni się to po zmianie warty politycznej. Co najwyżej dojdzie większa dyspozycyjność wobec Komisji Europejskiej.
W końcu pozostaje kwestia polityczno-kulturowa. Węgrzy częściej niż społeczeństwa wielu innych krajów UE sceptycznie odnoszą się do zachodniej lewicowej rewolucji kulturowo-gospodarczej i raczej tak jest z dużą częścią polskiego społeczeństwa, w tym nawet sporym fragmentem elektoratu obecnej władzy.
Są mocno przywiązani do swojej kultury i stylu życia. Więc, choćby w sprawach związanych z rozmaitymi regulacjami europejskimi i projektami "uniformizacji", powinni być sojusznikiem.
Dziś w Polsce wszystko się jednak sprowadza do tweetów, Putina, kwestii dwóch słynnych azylantów i tym podobnych. A jeśli nad Balatonem, co zapowiadają sondaże, dojdzie do zmiany warty?
Będzie to samo, tylko nową formację rządową bezgranicznie pokochają ci, którzy dziś "nienawidzą" Orbana, i na odwrót. W końcu cała ta reszta, poza miłością i nienawiścią, jest tak nudna.
Wiktor Świetlik
















