Reklama

Reklama

Do góry nogami

W ostatnim czasie na PiS spadł grad kłopotów - nie tylko związanych z kryzysem węglowym i energetycznym - które jednak w żaden spektakularny sposób nie szkodzą tej partii, a już z pewnością nie zachęcają do pokory jej polityków. W najnowszym sondażu IBRiS (dla "Rzeczpospolitej") ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego odnotowało wzrost o dwa punkty i osiągnęło poparcie blisko 33-procentowe. Taki wynik na rok przed wyborami niczego oczywiście nie przesądza, zwłaszcza że opozycja stara się gonić lidera, ale nie wyklucza wcale scenariusza z Węgier czy z Włoch, gdzie właśnie zwyciężyli skrajnie prawicowi populiści.

To fenomen, że PiS w siódmym roku swoich rządów - obfitujących w skandale polityczne, naruszenia konstytucji, moralne przekroczenia - wciąż utrzymuje tak wysokie poparcie. Socjologowie mają swoje wytłumaczenia, dlaczego tak się dzieje. Jedni mówią wprost, że jest to efekt rozdawnictwa, które utrwaliło mit sprawczości tej partii. Inni wskazują, że światopogląd narodowo-katolicki - mimo kryzysu w Kościele i wbrew zachodnim trendom wśród młodzieży - wciąż dominuje w polskim społeczeństwie. Jeszcze inni sięgają głębiej i dowodzą, że PiS jako jedyna partia po 1989 roku sprawił, że wykluczeni zostali obdarowani znaczeniem i pochylono się nad ich problemami. 

Reklama

Prawda tych diagnoz może być oczywiście kwestionowana, ale nie ulega wątpliwości, że PiS to partia z teflonu, czego aktualnie - zapewne do czasu - nie są w stanie odczarować opozycyjne zaklęcia. Nie brakuje świeżych przykładów. Ponura fantazja polityczna o zamachu w Smoleńsku, lansowana cynicznie przez lata przez polityków tej partii, została (ponownie) obalona dzięki telewizyjnemu reportażowi (Piotra Świerczka z TVN). Tymczasem niedługo potem główny propagator kłamliwej teorii o zbrodni dostał najwyższe odznaczenie państwowe (za historyczne osiągnięcia, które jednak przyćmiła smętna współczesność). Podniósł się krzyk oburzenia - nie tylko zdeklarowanych przeciwników władzy - ale szybko rozpłynął się w medialnym zgiełku. Był skandal - nie ma skandalu.

Podobnie stało się ze spowiedzią skruszonej internetowej hejterki, która na antenie tej samej stacji opowiedziała o mającej działać w resorcie sprawiedliwości grupie szkalującej sędziów (z jej udziałem). Sprawa wprawdzie została opisana przez dziennikarzy już przed trzema laty, teraz ujawniane są kolejne szczegóły, jednak jej kaliber jest tak potężny, że w każdym demokratycznym kraju o cywilizowanych standardach nastąpiłoby polityczne trzęsienie ziemi o dewastujących władzę skutkach. U nas nic takiego się nie stało, ot, kolejna medialna sprawa na pół dnia, następna aferka, która dłużej niż jeden dzień zajmuje co najwyżej krewkich komentatorów w mediach społecznościowych.

Taka rzeczywistość, w której kontrola obywatelska jest w zasadzie martwa, a ta medialna nie działa i nie wpływa już znacząco na politykę, jest swoistą nowością w Polsce, ponieważ poprzednie rządy płaciły niejednokrotnie bardzo wysoką cenę za znacznie mniejsze przewiny. Jedną z odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest podejrzenie, że nadeszła epoka, w której obsceniczna bezczelność ma większą siłę i ceni się ją bardziej, niż skodyfikowane standardy i symboliczne reguły rządzące życiem społecznym. Być może dożyliśmy czasów, w których pycha nie kroczy już przed upadkiem, lecz jest warunkiem utrzymania się na nogach w dobrej kondycji.

Podczas gdy szef PiS kontynuuje swoją antyniemiecką krucjatę semantyczną, doradza - jak Wujek Dobra Rada z "Misia" Barei - zdezorientowanym rodakom, by po prostu kupowali mniej węgla, jednocześnie zapowiada zmiany w sposobie liczenia głosów, a być może rozważa nawet zmianę ordynacji wyborczej - opozycja wierzy, że droga i zimna zima ostatecznie zedrze z władzy oporny teflon. A przecież - zgodnie z logiką świata postanowionego na głowie, czyli do góry nogami - może go jeszcze wzmocnić. Czy ktoś bierze pod uwagę taki scenariusz?

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy