Dlaczego kryzys ochrony zdrowia nie szkodzi Donaldowi Tuskowi?
Premier zachowuje się, jakby dokonał zimnej (ale przecież prawdziwej) kalkulacji, że zaciśnięcie pasa w służbie zdrowia pod względem politycznym w ogóle go nie zaboli. Bo przecież zaciskał będzie tej części społeczeństwa, która… i tak na niego nie głosuje.

Zapaść służby zdrowia zdaje się nie mieć końca. Nie ma w zasadzie dnia bez informacji o kolejnych cięciach - w poniedziałek likwidacja placówki medycznej w powiecie XY, w środę zapowiedź zmniejszenia liczby wykonywanych operacji usunięcia zaćmy, w piątek apel minister zdrowia, by tworzyć "korytarze życia" dla najciężej chorych pacjentów, bo na leczenie wszystkich nie starczy nam środków.
A potem nowy tydzień i znowu to samo.
Wszystko razem tworzy dość powszechne wrażenie, że system finansowania publicznej służby zdrowia faktycznie się uśmiechniętej koalicji rozleciał w rękach i jest teraz na łapu-capu krojony (bo nawet nie klejony) bez większego ładu i składu.
A przecież zdrowie publiczne to nie jest jakaś tam drugo- czy trzeciorzędną społeczna potrzeba, bez której da się jakoś żyć. Przeciwnie, trudno sobie wyobrazić ważniejszą i bardziej istotną dla życia i przeżycia mieszkańców kraju. Tak by przynajmniej podpowiadał zdrowy rozsądek.
Zdrowy premier - to najważniejsze
A jednak mam wrażenie, że martwią się wszyscy prócz… Donalda Tuska. Jak gdyby rząd miał na kryzys w zdrowiu kompletnie gdzieś. Premier Tusk na pełnym luziku chodzi do mediów i mówi, że porodówki nie są zamykane.
Minister Sobierańska-Grenda jest uważana (zdaje się, że słusznie) za kompletnego politycznego figuranta bez żadnego przełożenia na cokolwiek. A nikt inny w KO i okolicach nie poczuwa się nawet do przedstawienia jakiegokolwiek planu naprawczego, w który społeczeństwo mogłoby uwierzyć.
Wszystko wedle starej zasady, że "psy szczekają, a karawana jedzie dalej".
A może tak właśnie ma być? Bo wygląda na to, jakby Donald Tusk dokonał superzimnej (ale jednocześnie super trzeźwej) kalkulacji, że jego to krojenie służby zdrowia na żywca w ogóle nie będzie nic kosztowało. No bo dlaczego miałoby kosztować?
Powiecie, że ludzie się w końcu wściekną, że nie dostaną na czas pomocy albo zostaną zapisani do specjalisty na listopad 2028 roku?
Ale chwileczkę, jacy ludzie?
Zapominamy o bardzo ważnej rzeczy. Milcząco zakładamy, że zapaść w publicznej służbie zdrowia ma charakter symetryczny. To znaczy uderza we wszystkich Polaków równomiernie. Niezależnie od tego, czy są biedni czy bogaci, starzy czy młodzi albo czy mieszkają w dużym mieście czy w miasteczku powiatowym.
A przecież to nie jest tak. Przecież właśnie korzystanie z państwa dobrobytu w dziedzinie zdrowia publicznego jest bardzo mocno uwarunkowane statusem ekonomicznym, wiekiem oraz miejscem zamieszkania.
I akurat tak się składa, że cała ta charakterystyka działa dokładnie na korzyść Tuska. A nie przeciwko niemu. Dlaczego? Bo wyborcy jego i jego koalicji to jest przecież Polska lepiej sytuowana. Lepiej zarabia, cieszy się lepszym zdrowiem, jest młodsza i mieszka w większych oraz największych miastach.
Słowem z publicznej służby zdrowia korzysta rzadziej. I tylko wtedy, gdy już ostatecznie musi. O swoje zdrowie dba natomiast (i to od lat) w oparciu o opiekę prywatną.
A gdy trzeba zrobić coś ekstra, to zawsze można - by tak rzec - na Lenza. To znaczy tak, jak zrobił niedawno senator KO Tomasz Lenz, który zabieg bliskiej osoby zorganizował w oparciu o publiczną infrastrukturę medyczną, ale jakby… po godzinach.
Kupił sobie po prostu na nieprzejrzystym rynku pomiędzy tym, co publiczne i tym, co prywatne, usługę, jakiej potrzebował. Na czas, na wymiar i w jakim chciał kolorze. I nie jest w tym odosobniony. Od lat służba zdrowia w Polsce funkcjonuje właśnie tak.
A im bardziej się zapada i im bardziej zanika podstawowa i dostępna dla wszystkich w normalnym trybie oferta zdrowia publicznego, tym ważniejszego znaczenia nabierają takie numery jak ten na Lenza.
Ekskluzywne i zawarowane dla wyższych warstw społecznych. Dzięki czemu zapaść oficjalnej służby zdrowia boli ich zdecydowanie mniej. Jeśli w ogóle…
Ciche zwycięstwo prywatyzacji
Pamiętam, jak za czasów PiS ówczesna opozycja lansowała tezę "cichej prywatyzacji usług publicznych w Polsce". Liberalni publicyści stroili się wówczas chętnie w szaty obrońców państwa dobrobytu, narzekając, że zamiast zainwestować w służbę zdrowia PiS woli dawać miliardy na 500 a potem 800+.
W efekcie zaś beneficjenci tych programów idą wydawać te pieniądze na prywatnego lekarza, by obejść długą kolejkę do publicznego. To było - ich zdaniem - oburzające i destrukcyjne.
Ciekaw jestem, gdzie są ci publicyści teraz. Gdy efekt jest przecież podobny - kto może, ten zbiera pieniądz na leczenie prywatne.
Różnica tylko taka, że wtedy działo się to z powodu wzmocnienia zamożności pacjentów, których (dzięki świadczeniom społecznym) stać było także na prywatną opiekę. A teraz system trzeba objeżdżać system, bo publiczna służba zdrowia na naszych oczach znika w całości. Zwłaszcza w Polsce powiatowej.
Niestety, dawni tropiciele cichej prywatyzacji służby zdrowia zniknęli również. Bo przecież ważne, że nie rządzi PiS.
Rafał Woś













