Dlaczego krytykuję nocną prohibicję?
Istnieje przynajmniej kilka powodów, dla których pomysł nocnej prohibicji warto poddać krytyce. Nawet, jeśli jest to obrona przegranej sprawy. Nawet, jeśli jest się w mniejszości. I nawet, jeśli to rozwiązanie sprawdziło się w niektórych miastach, jak choćby w Sopocie, gdzie alkoholu nie można kupić w sklepach od godziny drugiej w nocy do szóstej rano.

Nie ma już chyba tematu, który nie podlegałby regułom wojny kulturowej. Zwłaszcza w mediach społecznościowych rzadko padają argumenty, częściej na każdego "odstępcę" od "właściwego" światopoglądu leją się pomyje. Racja jest tam zawsze jedna i - jak w "Dniu świra" Marka Koterskiego - "najmojsza".
Dotyczy to aborcji, poczucia humoru, seksualności, historii, geopolityki, religii, a także - oczywiście - nocnej prohibicji. Kto przeciw, ten alkoholik, lobbysta, obrońca pijaków albo dureń, kto za - ten szlachetny bojownik o zdrowie i bezpieczeństwo Polaków. Nie zawiesza się sądów, wyroki wydaje się zaocznie.
"Wszyscy, poza abstynentami, piją"
W tak gęstej atmosferze, zbudowanej wyłącznie z agresywnych afektów lub emocjonalnych omdleń, trudno używać rozumu. A ten podpowiada, że istnieje przynajmniej kilka powodów, dla których pomysł nocnej prohibicji warto skrytykować.
Ośmielam się podjąć ten temat także dlatego, że już przeszedłem czyściec spotkania z armią anonimowych i nieanonimowych poprawiaczy świata, samozwańczych stróżów moralności oraz antyalkoholowych neofitów, którym wydaje się, że odmienny pogląd rujnuje ich świat, choć jest tylko odmiennym poglądem.
Jednak każdy, kto ma wątpliwości, staje się śmiertelnym wrogiem sprawy. A wróciła ona przy okazji próby wprowadzenia zakazu nocnej sprzedaży alkoholu w Warszawie, z czego ostała się pilotażowa prohibicja w dwóch dzielnicach. Przy okazji rozpętała się lokalna polityczna burza. Dla lewicy czy aktywistów temat nocnej sprzedaży alkoholu stał się po prostu wygodnym narzędziem prowadzenia polityki, dzięki któremu można dopaść "libków", którzy "zatrzymali się w latach 90.", a dziś blokują "zdroworozsądkowe rozwiązania".
Istnieją lepsze pałki polityczne, zwłaszcza że argumentu wolnościowego używa rosnąca w siłę Konfederacja, dla której tego typu zakazy odbierają jednostce prawo do bycia kowalem własnego losu, nawet jeśli jest to los upadku.
Dlaczego - rozsądnie pytają wolnościowcy w polemicznych sporach - chce się karać także tych obywateli, którzy nie piją na umór, nie robią burd, a mają ochotę kupić wieczorem legalny produkt i z niego skorzystać? Czy to, dodają, że niektórzy kierowcy jeżdżą nieodpowiedzialnie, ma oznaczać konieczność odebrania wszystkim ludziom praw jazdy? Przypomina mi się zdanie finałowe tekstu prof. Andrzeja Ledera w "Res Publice Nowej", kiedy przed laty pisał tam o związkach alkoholu z ludzkim losem: "Wszyscy, poza abstynentami, piją". Czy wolność i prawo dotyczą "wszystkich", czy "abstynentów"?
"Co z oczu, to z serca"
Jeśli komuś te pytania wydają się absurdalne, to przecież w istocie dotyczą one ważnego sporu ustrojowego, na ile państwo powinno gwarantować swoim obywatelom prawo wolnego wyboru, na ile być wychowawcą dorosłych ludzi i reglamentować ich "rozkosze", a na ile szukać równowagi między zarabianiem na legalnej substancji a jednoczesnym zwalczaniem jej. Tu pojawia się argument zdrowotny - używany przez zrodzonych z ideologii woke misjonarzy - zgodnie, z którym nocna prohibicja ogranicza spożywanie trucizny i oddala obywateli od tragicznych skutków pijaństwa.
Ktoś trafnie jednak zauważył, że nocna prohibicja na pewno nie uleczy tych, którzy legalnie po godzinie szóstej rano drżącymi rękami sięgają po świeżo zakupioną w sklepie setkę wódki, by napiwszy się jej "na kaca" ruszyć do swoich zajęć. Hipokryzją jest sądzić, że nocne przerwy kogokolwiek uzależnionego uleczą. Mogą jedynie sprawić, że istniejący problem będzie mniej widoczny na zasadzie "co z oczu, to z serca".
W bardzo rozpitej Polsce Ludowej piwo można było kupić od godziny dziewiątej rano, wódkę od trzynastej, a nocą w melinach, czyli nielegalnych punktach sprzedaży. Ówczesne państwo walczyło z pijaństwem przy pomocy reglamentacji i propagandy. Z jakości tej ostatniej naśmiewały się poważne kabarety, jak choćby krakowska Piwnica pod Baranami, w której aktor Krzysztof Litwin odczytywał pośród salw śmiechu broszurę antyalkoholową zatytułowaną "Alkohol a choroby weneryczne". Nie był to śmiech z problemu, ale z metod.
Obecnie nie ma nawet takiej profilaktyki państwa, z której można by się śmiać. Z jednej strony wszechobecne są reklamy piwa, z drugiej surowa moralność społeczna piętnuje pijaństwo, a z trzeciej jedynym widocznym proponowanym rozwiązaniem w polskich miastach staje się zakaz sprzedaży trunków. Czy zaangażowanych w sprawę aktywistów i polityków stać tylko na wymyślenie zakazu, który kreuje zadowalające statystyki? A nie stać ich na systemową propozycję walki z problemem?
"Zło jest w nas, a nie w substancji"
Alkoholizm jest przypadłością ciała i duszy. Jeśli z nocnych sklepów znikną alkoholicy, to ich nieszczęścia się przez to nie pomniejszą. Najwyżej nie będzie ich widać. Zwolennicy nocnej sprzedaży alkoholu przekonują, że jest to zbawienne dla punktów pomocy lekarskiej i SOR-ów, gdzie trafiają ofiary pijackich bijatyk, przepici degeneraci z zapaleniem trzustki czy wątroby albo halucynujący delirycy, blokując dostęp do medyków zawałowcom i trzeźwym osobom w nagłym kryzysie zdrowotnym. No i że pijący generują koszty.
Ta optyka ma poważny defekt, ponieważ zakłada, że SOR-y zablokowane są przez chorych na alkoholizm, a nie przez totalną i wieloletnią indolencję organizacyjną polskiej ochrony zdrowia. A skoro są przykłady, że nocna prohibicja usprawnia pracę tych placówek, to nic więcej nie trzeba zmieniać, bo pijacy najwyżej zajmą łóżka szpitalne w dzień. To bardzo wygodne tłumaczenie, zakładające zresztą, że należałoby alkoholizm skreślić z systemu Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, gdzie zajmuje poczesne miejsce.
Najczęściej używanym argumentem jest ten, że nocna prohibicja ogranicza przemoc uliczną i pijackie awantury na osiedlach, co pokazują statystyki. Czy to jednak oznacza, że wprowadzenie zakazu zawodów piłkarskich skutkowałoby wyeliminowaniem kibolskich bójek? Czy z tego, że niektóre osoby są po alkoholu agresywne, należy wyciągnąć wniosek, że wszystkim obywatelom trzeba odebrać możliwość zakupu tego, co chcą, o dowolnej porze?
Dla lekarzy alkohol będzie zawsze trucizną. Dla badaczy kultury - częścią cywilizacji.
Dla czytelników "Pijaka" Hansa Fallady, "Johna Barleycorna" Jacka Londona, "Pod wulkanem" Malcolma Lowry'ego, "Moskwy-Pietuszek" Wieniedikta Jerofiejewa czy "Pod Mocnym Aniołem" Jerzego Pilcha - częścią literatury opisującej tragedię picia. Czy jednak demokratyczne państwo dysponuje jedynie obłudą i antyliberalną doktryną uszczęśliwiania ludzi na siłę bez realnego reformowania systemu i instytucji, bez profilaktyki i bez edukacji?
Nieżyjący już słynny psychofarmakolog prof. Jerzy Vetulani zauważył kiedyś, że "zło jest w nas, a nie w substancji". Państwo, które zajmuje się wyłącznie substancją, usuwa pozory problemu i traci z oczu człowieka.
Przemysław Szubartowicz













