Deregulacyjna rewolucja? Nic z tych rzeczy. To raczej zmierzch Donalda Tuska
Trudno oprzeć się wrażeniu, że obserwujemy schyłek Donalda Tuska i jego pomysłu na polską politykę. Nawet desperackie wygrzebanie z politycznego lamusa hasła "deregulacyjnej szajby" nie budzi już dziś niczyjej ekscytacji. Wie to dobrze biznesmen Rafał Brzoska, który grzecznie wymówił premierowi współpracę.

Dawno, dawno temu (a konkretnie lat temu 13) premier Tusk rękami ministra Gowina robił pierwszą deregulację. Wtedy szło o poluzowanie korporacyjnych ograniczeń w dostępie do zawodów. Towarzyszyły temu wysiłki premiera, by zainscenizować siebie jako szermierza zwykłych obywateli walczącego z urzędniczą samowolą i przeregulowaniem życia gospodarczego.
Efekty tamtych bojów były raczej umiarkowane. Momentami nawet zabawne, gdy premier odkrywał, że jedną ręką dzielnie doreguluje, a drugą jego własna machina administracyjna wprowadza ograniczenia, których w systemie wcześniej nie było. Ot, takie życie demokratycznego polityka.
"Deregulacyjna szajba" kiedyś a dziś
O tamtej deregulacji się jednak mówiło. Jednych cieszyła, innych bolała, ale generalnie trafiała jakoś tam w społeczne nastroje. Zaś słynna "pozytywna deregulacyjna szajba" ministra Gowina (jak określił wówczas premier Tusk nastawienie swojego ministra do stojącego przed nim wyzwania) weszła nawet na trwałe do politycznego słownika.
A dziś? Dziś o nowej deregulacji mówi się niewiele. A opinia publiczna odnotowała ją tylko dwa razy. Raz gdy sto dni temu powołano do życia zespoły (rządowy i społeczny pod kierunkiem biznesmena Brzoski). I teraz, gdy nastąpiło zdanie sprawy z pierwszej fazy ich istnienia. Które było raczej eleganckim pożegnaniem się Brzoski z kierowaniem pracą komisji aniżeli zapowiedzą wielkiej deregulacyjnej ofensywy, która nas wszystkich wyzwoli.
I nie chodzi tu nawet o samą komisję. Komisja jak komisja. Przygotuje, zarekomenduje i uzasadni. Problem w tym, który tę nową "deregulacyjną szajbę" miał firmować. Czyli z samym premierem Donaldem Tuskiem.
Taka jest właśnie różnica pomiędzy politykiem wpływowym oraz takim, który "kiedyś był". Polityk wpływowy ma moc zmieniana rzeczywistości przy pomocy słów. Te słowa mogą być banalne, bzdurne albo nawet kontrfaktyczne. Ale mają moc właśnie dlatego, że stoi za nimi zapowiedź tego, co będzie. A Donald Tusk tę zdolność na naszych oczach utracił. Jeszcze nie całkowicie i nie formalnie.
On sam i jego otoczenie nie przyjmują tego jeszcze do wiadomości. Ale inni wyczuwają to dobrze. Wiedzą, że z tej mąki chleba już nie będzie. Bo schyłek Tuska jest w powietrzu. I nie da się go wywietrzyć nawet, jak się otworzy szeroko okna albo nastawi na całego klimatyzację.
Nie takie duże zmiany jak je malują
Sprawa deregulacji to dobry przykład tej nowej sytuacji. Wygłoszone w poniedziałek przez premiera słowa o tym, że to "najważniejsza zmiana ustrojowa od czasu wejścia Polski do Unii" jest oczywiście typową polityczną fanfaronadą. A jednak nawet taka kompletna bzdura miałaby swoją wymowę, gdyby polski premier miał przed sobą jakąś polityczną przyszłość.
Ale tego nie ma. Oczywiście Donald Tusk może mówić, co chce. W końcu wciąż jest premierem i ma podległą sobie kancelarię oraz większość sejmową, która - na razie - udzieliła mu wotum zaufania.
Może więc twierdzić, że zestaw zmian legislacyjnych w stylu podwyższenia kwoty dochodów, od której przedsiębiorca jest zobowiązany zostać VAT-owcem, to kluczowe wydarzenie w historii kraju. Albo upierać się, że wprowadzenie wirtualnego asystenta w mObywatelu to przełom kopernikański, porównywalny z publikacją "O obrotach sfer niebieskich". Można wszystko. Trudno jednak, by znajdujący się przy zdrowych zmysłach Polacy uwierzą, że dzięki takim drobnym usprawnieniom przegonimy Szwajcarię czy Japonię pod względem zamożności.
Mamy tu raczej kolejny dowód na to, jak polski premier coraz bardziej i bardziej ucieka od rzeczywistości. I to w podwójnym wymiarze.
Raz, na polu politycznym, gdzie Donald Tusk jest coraz słabszy. Przegrane wybory prezydenckie stały się dla trzymanych dotąd krótko koalicjantów okazją do pokazania własnej odrębności. Tabu "a może rozsądniej będzie spróbować od nowa z innym premierem" już padło. I będzie powracać coraz częściej. W miarę tego, jak prędko do akceptacji tej oczywistości, że premier Tusk to w coraz mniejszym stopniu zasób, a coraz bardziej wierzytelność, dojrzewać będzie środowisko Platformy Obywatelskiej.
Ucieczka w dziecinadę
Jest też wymiar strukturalny. Nad polskim modelem rozwoju wiele ciemnych chmur. Głównie związanych z realizacją polityki klimatycznej. Nasi rządzący mogą więc mówić, że "Zielonego Ładu już nie ma" (jak mówił w kampanii Rafał Trzaskowski). Ale w końcu i tak wychodzi Komisja Europejska i mówi otwartym tekstem, że cel redukcji emisji o 90 procent do roku 2040 pozostaje w mocy.
A to dla polskiej gospodarki i dla polskiego społeczeństwa będzie to miało bardzo realne konsekwencje - droższy prąd, mniejszą konkurencyjność przemysłu, utratę miejsc pracy. I to są tematy, które dziś obchodzą. To one są fundamentalne i to one domagają się uwagi ze strony rządzących.
Mówienie, że sednem jest deregulacja i likwidacja urzędniczych absurdów, to ucieczka w dziecinadę. Ale właśnie tę drogę wybiera na naszych oczach słabnący premier Tusk.
Dobrze współgra z tym wszystkim deklaracja biznesmena Brzoski o zakończeniu swojej misji w komisji deregulacyjnej. Oczywiście są deklaracje, że "będzie się przypatrywał i kibicował". Ale wszyscy wiemy, o co chodzi. Brzoska to wytrawny biznesmen. I widzi, co rokuje, a co nie. W jego optyce Donald Tusk już nie rokuje. I dlatego Brzoska przecina te więzi świadom, że za chwile może nas czekać nowe otwarcie.
I to jest chyba najważniejsza lekcja realnej polityki z całej tej deregulacyjnej szajby po latach.
Rafał Woś













