Warsaw Security Forum to wydarzenie, podczas którego zagraniczni goście mają okazję wysłuchać tego, co polscy politycy mają im do powiedzenia na temat spraw bezpieczeństwa.
Zaskoczeń nie było. Donald Tusk ostro postraszył Zachód.
Wojna bez wojny
Jeszcze do niedawna Donald Tusk mówił o życiu w czasach przedwojennych. Teraz premier woli mówić sojusznikom o tym, że mamy wojnę: "Dzisiaj najważniejszym zadaniem wszystkich liderów opinii publicznej jest uświadomić do bólu, do głębi, głębi umysłów i serc całej zachodniej wspólnoty, całej transatlantyckiej wspólnoty, że jest wojna. Niechciana, miejscami dziwna, nowego typu. Ale jest wojna".
Prezydent Trump może uznać, że właściwą odpowiedzią na atak na Polskę będzie seria bardzo groźnych postów na Truth Social i udanie się na golfa. Niestety, nie żartuję
Kłopot w tym, że słowo "wojna" w kontekście Sojuszu Północnoatlantyckiego wiąże się z konkretnymi konsekwencjami. Art. 5 NATO wprowadza na poziom międzynarodowy zasadę muszkieterów z powieści Dumasa: "Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub kilka z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uważana za napaść przeciwko nim wszystkim".
Teoretycznie zatem, jeśli mamy "wojnę" w innym sensie niż publicystyczny, oznaczać to powinno uruchomienie całego mechanizmu NATO. Tak się jednak nie stanie - i warto zrozumieć, dlaczego to jest wygodne nie tylko dla Rosji.
Otóż większość państw Zachodu nie pali się do żadnej wojny. Ani hybrydowej, ani tym bardziej prawdziwej. Owszem, Europa Zachodnia deklaruje pomoc Ukrainie i wydatki na zbrojenia, jednak praktyczne działania rozłożone są w czasie. Z kolei Waszyngton Donalda Trumpa potrząsa retoryczną szabelką, jednak prezydent Putin nic sobie z tego nie robi.
Przecież to po spotkaniu na Alasce Rosja zintensyfikowała ataki na Ukrainę oraz zainicjowała dronowe testowanie NATO. Na Kremlu uznano zatem, że prezydent Trump "śmieszy, tumani, przestrasza", ale tylko na swoim profilu w mediach społecznościowych. Europa zaś zbroi się w tempie wyścigu ślimaka z żółwiem. Jeśli jeszcze dodać do tego rozpowszechniony pacyfizm, prezydent Putin uznał, że spokojnie może robić, co chce. Zatem nie tylko testuje możliwości obronne europejskich państw NATO, ale także rozciągliwość podstawowego dla Sojuszu terminu "wojna".
Obrona na polu golfowym
W tym kontekście słowa Tuska wypadają blado, niestety. Waszyngton ani wiele innych państw nie chcą słyszeć o żadnej "wojnie". Polski rząd musi zatem snuć opowieść w sposób znacznie bardziej wyrafinowany, choćby nawet miał rację co do faktów (bo ma).
Jednak zużywanie słowa "wojna" w dyplomacji także nie leży w naszym interesie. Tym bardziej, że wiele osób tkwi w błędnym przekonaniu o tym, że jak ruszy art. 5 NATO - to dopiero się zacznie i "damy Ruskim wycisk", jak co najmniej hetman Stanisław Żółkiewski pod Kłuszynem czy Józef Piłsudski w bitwie warszawskiej. Nic bardziej błędnego.
Proszę uważnie przeczytać - jak zapewne zrobił to prezydent Putin - ów art. 5 NATO. Otóż wzajemna obrona państw NATO przewiduje, że każde państwo Sojuszu zadecyduje samo, jakie "działania uzna za konieczne". Biorąc pod uwagę, jak semantycznie dewastowany jest obecnie porządek międzynarodowy, może okazać się, że prezydent Trump uzna, że właściwą odpowiedzią na atak na Polskę będzie seria bardzo groźnych postów na Truth Social i udanie się na golfa. Niestety, nie żartuję.
O prawdziwą solidarność
Traf chciał, że wystąpienie polskiego premiera zbiegło się z orędziem prezydenta Rosji do obywateli. Na niedawne buńczuczne deklaracje Trumpa, że Ukraina może odzyskać stracone terytoria, Putin pośrednio odpowiada, że nie ma o tym mowy. Nowe ziemie zostały przyłączone w drodze referendów (wiadomo, jak przeprowadzonych). Rosja zatem "prowadzi wojnę sprawiedliwą". Z ostatnich lat bez trudu można zebrać wypowiedzi, z których wynika, że wojnę prowadzi nie tylko przeciwko Ukrainie, ale przeciwko Zachodowi, który śmiał rozszerzyć NATO i Unię Europejską o kraje, które tego chciały.
Reasumując, nasza dyplomacja ma twardy orzech do zgryzienia. Tak niekorzystnej koniunktury dla Europy Wschodniej od dawna nie było, albowiem dzisiejsze zapewnienia o solidarności Europy Zachodniej mogą zostać raz-dwa zmiecione zwycięstwami populistów. W Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji - wedle obecnych sondaży - po władzę idą ugrupowania, które najmniej są zainteresowane wydawaniem gór pieniędzy na pomoc Ukrainie. Nie będą także być może zainteresowane poświęcaniem życia, zdrowia i dobrobytu dla Polski, Estonii czy innego kraju.
Zamiast straszyć wojną, trzeba raczej snuć opowieści na temat zagrożeń, które budowałyby jedność wartości pomiędzy społeczeństwami. Wykuwać pozytywny obraz kraju, z którym w przyszłości warto się solidaryzować. W przeciwnym razie nawet art. 5 NATO nam nie pomoże.
Jarosław Kuisz

















