Tej jesieni polityczny krajobraz zostanie przemeblowany w taki sposób, aby dać wyborcom wyobrażenie tego, z jakim potencjałem opozycja i władza ruszą do wyborów parlamentarnych w 2027 roku.
O ile po stronie prawicowej Jarosław Kaczyński uruchomił wszelkie zasoby personalne, dając przestrzeń frakcjom i ludziom młodszego pokolenia do zaistnienia na rynku politycznym, o tyle w obozie władzy panuje niepewność co do tego, czy Donald Tusk zdaje sobie sprawę z faktu, że choć jest politykiem z największym doświadczeniem i sprawnością po tej stronie sceny, to działając w pojedynkę, nie zdoła utrzymać władzy.
Zapach władzy
Sytuację - choć sondaże w Polsce są dość wyrównane - można porównać do tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie po zwycięstwie Donalda Trumpa republikanie złapali wiatr w żagle, a demokraci popadli w rozsypkę i do dziś nie mogą się pozbierać wewnętrznie.
Wygrana Karola Nawrockiego na pewno jest dla prawicy korzystna i podtrzymuje wiarę, że kolejne zwycięstwo jest w zasięgu ręki. PiS i Konfederacja dysponują sprawnymi politykami, którzy rozumieją uroki postpolitycznego klimatu mediów społecznościowych i nie są blokowani przez liderów w rozwoju własnych karier.
Wprawdzie obie formacje prowadzą dziś taktyczną wojnę na obelgi i szantaże, ale wiadomo, że zapach władzy w pewnym momencie powściągnie wszelkie namiętności, a złe słowa zostaną wybaczone. Tak jak JD Vance został zastępcą Trumpa, choć kiedyś nazywał go idiotą i porównywał do najczarniejszych charakterów w historii świata, tak Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki spojrzą w jednym kierunku, a Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak zakopią topór wojenny, gdyby przyszło im budować koalicję rządzącą. Taka jest polityka.
Refreny solisty
Prawica ma kadry nauczonych politycznego sznytu 30- i 40-latków oraz coraz bardziej popularnego prezydenta (rocznik 1983), który jest w stanie obsługiwać cały elektorat tej strony sceny politycznej bez względu na to, czy będzie lojalny wobec Kaczyńskiego, czy też nie. Zwłaszcza że w PiS jest kolejka chętnych graczy, by bić się o przywództwo, gdyby prezes przeszedł na emeryturę.
A co ma władza? Partię Szymona Hołowni w totalnym kryzysie, mocno osłabione PSL, lewicę, która całą politykę sprowadza do jałowych wojen kulturowych, oraz KO, w której liczą się Tusk, Radosław Sikorski i Rafał Trzaskowski (w chórze bardziej niż każdy z osobna).
Potem jest długo, długo nikt, a na końcu politycy z dużym potencjałem poupychani przez lidera na cmentarzyskach politycznych słoni. Młodszych z realnym wpływem na politykę nie widać, a nawet jeśli tacy się zdarzają, to grzecznie wsłuchują się w rozstrzygające refreny solisty.
Trwający w Międzyzdrojach Campus Academy zorganizowany przez Trzaskowskiego to czytelny sygnał, że prezydent Warszawy nie chce przechodzić na wcześniejszą polityczną emeryturę, na którą tak wielu już odesłało go po przegranych wyborach prezydenckich. I choć - jak głosi powielana w mediach plotka - Tusk chciałby pozbawić go funkcji wiceprzewodniczącego PO, to przez wielu polityków tej partii taki plan oceniany jest jako ryzykowna krótkowzroczność.
Wystarczy tylko chcieć
Formacja kierowana przez obecnego premiera, która ma wkrótce połączyć się z Nowoczesną i Inicjatywą Barbary Nowackiej w jedną partię, stanie przed poważnym dylematem: czy działać nieefektywnie, czy - ustami lidera - rzucić hasło "wszystkie ręce na pokład".
Trzaskowski przegrał wybory, ale ma dopiero 53 lata, w rankingach zaufania wyprzedza zbliżającego się do 70. roku życia premiera, wciąż może odwoływać się do potencjału 10 milionów głosów, które zdobył w wyborach, a gdyby chciał stanąć na czele nowego projektu, na starcie mógłby liczyć na 10 czy 15 proc. Jeśli Tusk rzeczywiście chciałby ograć prezydenta stolicy, mogłoby się to okazać nieopłacalne, bo później rzeczywistość być może ograłaby samego Tuska.
Jeśli tej jesieni, która podobno ma być gorąca, obóz władzy nie weźmie przykładu z tego, w jaki sposób prawica tworzy szeroką ławicę polityków - przegra.
Jeśli nie nauczy się równie atrakcyjnie jak prawica opowiadać świata po swojemu i tworzyć atrakcyjnych przekazów - nie będzie się liczyć.
Jeśli się podzieli, a liczący się politycy nadal będą spychani na margines - emocje wyborców roztrwonione po 2023 roku nie odżyją. Podobno wystarczy tylko chcieć.
Przemysław Szubartowicz














