Reklama

Czy Polacy nie palą się do obrony Ojczyzny?

Premier Mateusz Morawiecki właśnie powędrował na stołeczną strzelnicę. Zachęca do promocji strzelectwa w naszym kraju. Tymczasem niedawno pod hasłem "Wybór, nie pobór" przez kraj przetoczyły się protesty przeciwko przymusowemu "pakowaniu w kamasze" i obowiązkowym szkoleniom w wojsku. Wbrew wszechobecnej patriotycznej retoryce, w czasie wojny na Wschodzie, nie każdy Polak wyrywa się do obrony Ojczyzny.

Trudno powiedzieć, jak bardzo w trudnych czasach nasz premier jest przytłoczony obowiązkami, ale na gospodarską wizytę na strzelnicy znalazł czas. Nie było to żadne prywatne "pif - paf". Zdjęcie szefa rządu w niebieskim podkoszulku z pistoletem zostało udostępnione w mediach społecznościowych i opatrzone politycznym komentarzem. Napięta do granic skupienia twarz w okularach wysyła nam sygnał wizualny: "rodacy, do broni!".

Komentatorzy skupili się na analizie wyniku strzelania do tarczy. Tymczasem zdanie premiera Morawieckiego o tym, że "snajpera ze mnie nie będzie" - nawet z ekranu laptopa pachnie wyłącznie fałszywą skromnością.

Reklama

Ważne jest zresztą co innego. Z jednej strony, premier reklamował produkty zbrojeniówki. Jak pochwalił się: "Strzelałem z naszych polskich, oryginalnych konstrukcji, zarówno tych historycznych, jak i nowoczesnych". I tu wspomniał o karabinku "Grot", jak i legendarnym pistolecie "Vis". Z drugiej zaś strony nie mniej ważne było ozdobione wykrzyknikiem zdanie o tym, że: "Będziemy nadal inwestować w promocję strzelectwa i polski przemysł zbrojeniowy, bo wolne społeczeństwo musi umieć się bronić oraz mieć czym się bronić!".

Do broni czy w nogi?

Znakomicie to współbrzmi z ogłoszonym planom powołania do wojska tysięcy mężczyzn w 2023 roku. Resort obrony wcale do fałszywej skromności się nie uciekał i od razu, jak to się mówi, z grubej rury zapowiedział powołanie około 200 000 rezerwistów. Wojna na Wschodzie trwa i nic nie zapowiada jej końca. Tymczasem odzew nie był entuzjastyczny. Przeciwnie, niedawno pod hasłem "Wybór, nie pobór" przez kraj przetoczyły się protesty przeciwko przymusowemu "pakowaniu w kamasze" i obowiązkowym szkoleniom w wojsku. Wbrew wszechobecnej patriotycznej retoryce, w czasie wojny na Wschodzie nie każdy Polak wyrywa się do obrony Ojczyzny. Jedna z lokalnych gazet opublikowała wyniki sondażu, z którego wynikało, że ponad 60 proc. czytelników zadeklarowało, że "zrobi wszystko", by uniknąć obowiązkowych ćwiczeń wojskowych w 2023 roku.

Jak trwoga, to do USA

Zdjęcia premiera Morawieckiego na strzelnicy promować mają także strzelectwo. Logiczną konsekwencją promocji, jak się wydaje, byłoby ułatwienie dostępu do broni palnej w Polsce. Nie trzeba przypominać sobie o licznych masakrach w Stanach Zjednoczonych, żeby nabrać przekonania, że w tej sprawie patriotyczne "piekło może być wybrukowane dobrymi intencjami". Pistolety i karabiny w rękach osób do tego niepowołanych, czyli zdecydowanej większości rodaków, mogłyby doprowadzić do dantejskich scen w sferze publicznej i prywatnej. Dopiero co obchodziliśmy setną rocznicę zamordowania z broni palnej prezydenta Gabriela Narutowicza.

Polaryzacja polityczna również dzisiaj skłaniać powinna nas do stwierdzenia, że reakcja na zagrożenie wojną to powinien być raczej rozsądny plan na dzisiejsze czasy i proces konsultowany z obywatelami, którzy do obrony się jakoś nie palą, a nie pospolite ruszenie i rozdawanie karabinków na ulicach. No, ale to wymagało racjonalnego działania o modelu obrony - dobrze zaplanowanego i to raczej w skali ponadpartyjnej, a nie patriotycznego pustosłowia i popisywania się na strzelnicy. Na to jednak liczyć nie można. W sprawie ogólnonarodowej zgody co do obronności - jesteśmy bezbronni i po prostu liczymy na pomoc państw NATO, a w szczególności USA. I nic więcej.  

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Morawiecki | strzelnica | wojsko | broń

Reklama

Reklama

Reklama