Czy obóz anty-PiS może utrzymać władzę? Może, tylko nie za bardzo próbuje
PO przy wszystkich słabościach ma podstawową zaletę. Twardo trzyma się poziomu około 30 proc. poparcia. Wyborcy tracą nadzieję na zwycięstwo za dwa lata, a mimo to zostają i deklarują poparcie. Czy jest to twardy, betonowy elektorat jak w PiS, gotów przyjąć każdy taktyczny zwrot prezesa? Wydaje się, że główną siłą PO, poza charyzmą przewodniczącego, jest brak poważnej alternatywy.

PO nie cierpi również na kryzys przywództwa. Nie grozi jej nagłe odejście lidera z polityki ani odwołanie go przez radę naczelną. Przy całym pokątnym narzekaniu na Tuska nie ma dla niego w partii realnego kontrkandydata. Przynajmniej dopóki nie przegra, już na własne konto, bez wymówek w postaci słabej kampanii Trzaskowskiego.
Z takimi zasobami, dysponując instytucjami państwa i sympatią wielu mediów, PO powinna mieć relatywnie łatwą drogę do zwycięstwa. Jej mocne strony są jednak z nadwyżką równoważone przez słabości.
Z góry upatrzone pozycje
Rząd rządzi, ale czy sprawuje władzę? Raczej administruje, lepiej lub gorzej reagując na wydarzenia i zapotrzebowania rozmaitych wewnętrznych i zewnętrznych grup interesów, niż egzekwuje i narzuca swoją agendę.
PO twierdzi, że to wina niepoważnych koalicjantów. Koalicjanci, że jedynowładztwa Tuska. Jak pisał H.L. Mecken: "W demokracji jedna partia zawsze poświęca większość swej energii, by udowodnić, że ta druga nie nadaje się do rządzenia. Zwykle obie odnoszą sukces. I obie mają rację".
Wszystkie istotne projekty odziedziczone są po PiS i realizowane z różnym stopniem zaangażowania. Gdy pojawiają się nowe, ich czas życia na półce jest krótszy niż przecenionego jogurtu w markecie. Co się stało z setkami miliardami inwestycji na tysiąclecie koronacji Chrobrego? Czy deregulacja to wciąż priorytet? Pytanie o Igrzyska Olimpijskie w Polsce byłoby chyba poważnym faux pas. Jeśli rządzący nie traktują poważnie samych siebie, to trudno, żeby poważnie traktowali ich wyborcy.
PO nie tylko nie ma swojego 500+, ale też Muzeum Powstania i Żołnierzy Wyklętych. Nie ma wizji, co zrobić z całym pokoleniem radykalizujących się młodych mężczyzn. W kwestii antynaukowego wzmożenia, związanego z wychowaniem zdrowotnym w szkołach, jedna Magdalena Pernet z TVP Info zrobiła w tej sprawie więcej, pytając posłów o różnicę między owulacją a miesiączką, niż cały aparat partyjny i ministerialny.
Nie widać ambicji do tego, żeby przy wszystkich ograniczeniach rządów wielopartyjnych zbudować jakąś formę "koalicji chętnych" z instytucji, które mogłyby zbudować zarówno w sieci jak i w "realu" jakąś formę przeciwwagi dla prawicowej wizji wspólnoty i coraz bardziej radykalizującej się nacjonalistycznej narracji.
Duża cześć obozu władzy zachowuje się tak, jakby czekała już tylko na wyborczy wyrok, kombinując w międzyczasie, jak by tu za bardzo nie podpaść, żeby dojechać spokojnie do końca kadencji, wycofać się na z góry upatrzone pozycje i przeczekać chude lata w opozycji.
"Na wojnie morale ma się do fizyczności jak trzy do jednego" - pisał Napoleon. Gdy górę bierze partykularny interes, bo nie ma sensu dokonywać wysiłków i poświęceń na rzecz zbiorowego celu, kiedy jeden ogląda się na drugiego i coraz bardziej manifestuje chęć odwrotu - wtedy sukces staje się iluzją, a porażka samospełniającą przepowiednią.
Punkt przełamania
"Generałowie zawsze przygotowują się do wygrania poprzedniej wojny". To powiedzenie przypisywane premierowi Francji George'owi Clemenceau pasuje jak ulał do polskiej polityki. Po wyborach prezydenckich w USA i w Polsce, które wygrali, wbrew oczekiwaniom, politycy twardej prawicy, panuje coraz powszechniejsza opinia, że celem polityki obozu rządzącego powinna być jakaś forma obłaskawienia tejże, przesuwanie się w prawo, bo tam są wyborcy.
Wybory prezydenckie z drugą turą, szukaniem szerokiego poparcia po pierwszej, przekabacaniem elektoratów niedawnej konkurencji, będą dopiero za pięć lat. Tymczasem przed nami zupełnie inne wybory: gdzie w pierwszej kolejności mobilizuje się własne elektoraty, gdzie nie będzie "przepływów" w drugiej turze. Gdzie Zandberg idący osobno się nie liczy. Gdzie Braun, zdobywając 4,99 proc. głosów, pomaga, a nie szkodzi obecnej koalicji.
Banałem jest stwierdzenie, że w polityce podstawą jest mobilizacja własnych wyborców i demobilizacja wyborców przeciwnika. Póki co PO osłabia więź z własnym elektoratem i nie dostaje żadnej premii z drugiej strony. Ta granica jest zbyt mocno wytyczona i partia establishmentu nie zdobędzie poparcia Konfederatów. To przepaść systemowa i pokoleniowa. A na poparcie ludu pisowskiego chyba mogą liczyć chyba tylko dobrze zakonserwowane w jakiejś szafie z naftaliną sieroty po PO-PiSie.
Liczy się gorący przekaz. Nie wygrywają tymczasowe sondażowe przewagi, czego boleśnie doświadczyliśmy z Komorowskim, brexitem, Trumpem, Trzaskowskim - ale mocniejsza emocja. To co się niesie. To robi przewagę w dzisiejszej polityce i pozwala wygrać relatywnym słabeuszom, patrząc w kategoriach polityki z ery tradycyjnych mediów.
Myślenie o jakimś mitycznym środku prowadzi do budowania przekazu dla nikogo. Nawet Hołownia, gdy zdobywał 15 proc., nie był "w centrum", ale na kontrze do establishmentu PO-PiSowskiego.
Żeby wygrać, trzeba mieć teorię zwycięstwa. Zidentyfikować grupy, które należy przekonać i przekazy, które należy promować i te, które trzeba zneutralizować. Nie uderzać przeciwnika tam, gdzie się tego spodziewa, ale zidentyfikować najczulszy punkt, punkt przełamania całej wojny, a nie jednej bitwy.
Kluczem do kontroli narracyjnej prawicy w Polsce jest jej ogromna przewaga w sieci. Bierze się ona z przyczyn historycznych - to było miejsce, gdzie mogła zaistnieć poza głównym obiegiem medialnym, ale też dlatego, że dość szybko zrozumiała ona reguły walki w internecie, tylko podkręcone przez niedawne zmiany w algorytmach.
Jasny, zdecydowany przekaz mówiący do swoich - jeśli jest wiarygodny - niesie się mocno i trafia również do niezdecydowanych. A gdy próbuje się uwodzić niezdecydowanych niezdecydowaniem, po prostu nie uwodzi się nikogo.
Paradoksalnie, nawet w czasach rządów PiS prawica w Polsce zachowywała się, jakby tkwiła w jakimś państwie podziemnym, tocząc nierówną walkę z okupantem. Tymczasem, w erze Trumpa, Muska, Youtube'a, który zastąpił telewizję i dominacji Kanału Zero, to prawica jest mainstreamem. Nie są żadną nową nadzieją. Są Imperium. I będą nim długo. Chyba, że pojawią się kandydaci na Rebeliantów.
Prawica ubiera się w szaty obrońców normalności, polskości, tak jakby Polak skazany był na kurczowe trzymanie się poglądów będących en vogue w drugiej połowie XIX wieku. Ich obskurantyzm łatwo jest ośmieszyć i zdemaskować. Potrzeba tylko nieco odwagi. I odrobina wiary w rozsądek współobywateli.
Nie mówię, że nie wymaga to żadnego wysiłku.
Ale w demokracji czasem się przydaje.
Leszek Jażdżewski













