Czy musimy być zakładnikami historii?
Konferencja na rzecz Odbudowy Ukrainy w Gdańsku rozpoczyna się w cieniu awantury o UPA i order Wołodymyra Zełenskiego. Dla tych, którzy cenią suwerenność: czy naprawdę chcieliście zagrać w ukraińskim teatrzyku?

Karol Nawrocki, próbując odebrać order Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu (nie zrobił tego skutecznie, bo prezydent Ukrainy sam go odesłał), osiągnął trzy podstawowe cele.
Po pierwsze, zepsuł Donaldowi Tuskowi wielką międzynarodową konferencję wokół odbudowy Ukrainy. Do tego w premiera (i prezydenta) rodzinnym Gdańsku. Marcin Przydacz z kiepsko skrywaną satysfakcją powiedział to w zasadzie wprost.
Po drugie, realnie osłabił polskie możliwości oddziaływania na Ukrainę, czyniąc politykę zakładniczką toksycznej pamięci zamiast realnych interesów, takich jak rewolucja dronowa czy inwestycje w przyszłą odbudowę.
Po trzecie, jeszcze bardziej zmarginalizował Polskę w ramach europejskiej wielkiej gry wokół przyszłego zawieszenia broni na Ukrainie.
A to wszystko dlatego, że jakaś jednostka wojskowa przyjęła imię bohaterów UPA. Jeśli ktoś był na Ukrainie, to widział, że flagi UPA powiewają na cmentarzach i pomnikach, coraz częściej nie tylko w zachodniej jej części. Że ulice Bandery są czymś powszechnym i że jednocześnie nie przekłada się to w żaden realny sposób na "polonofobię", to po prostu nie jest o nas, a o walce z sowiecką okupacją, co może boleć i z czym można się nie godzić, ale co po prostu należy przynajmniej rozumieć.
O sile narodu świadczy zdolność do przyjęcia win w takim stopniu jak dumy z przeszłości
Relacje Polska-Ukraina. Musimy być tak przewidywalni?
Równocześnie jest dość oczywiste, że Ukraińcy uderzyli w czuły punkt. Zupełnie świadomie, pytanie tylko, czy lekceważąc czy też świadomie antycypując polską reakcję.
I tak, siedzenie cicho i kiwanie głową nie było w żadnym razie do przyjęcia. Pytanie tylko, czy sporna pamięć, nawet w sytuacji, gdy racja jest po naszej stronie, ma działać na zasadzie odruchu bezwarunkowego. Czy naprawdę musimy być tak przewidywalni i czy faktycznie historia jest takim tematem, w którym z automatu zamykamy oczy na rzeczywistość, realne interesy i rzucamy się bronić naruszonego honoru?
To oznacza, że sami sobie odbieramy wybór. Do refleksji. I do reakcji. Patrząc racjonalnie, należało aferę z jednostką UPA wykorzystać do tego, żeby dyplomatycznie wymusić na Ukraińcach ustępstwa w sprawie upamiętnienia Wołynia, ekshumacji, czy innych trudnych spraw - w taki sposób, żeby mogli zachować twarz, ale też bez jątrzenia i tak napiętych polsko-ukraińskich stosunków. Nie jest na rękę napędzanie antyukraińskiej fobii podczas wojny, gdy jesteśmy skazani na współpracę i na ukraińskich bieżańców przed rosyjską agresją.
Ukraiński teatrzyk
Ukraińcy zachowali się nieodpowiedzialnie. Wykorzystali Karola Nawrockiego i polską opinię publiczną do mobilizacji wokół prezydenta, przeciwko siłowemu narzucaniu pamięci przez Polskę. Za to nie ponosimy odpowiedzialności. Ale dla tych, którzy cenią suwerenność: czy naprawdę chcieliście zagrać w ukraińskim teatrzyku? Dlaczego prezydent Polski tak łatwo dał się rozegrać, w dużej mierze po to, żeby zaszkodzić premierowi i nabić łatwe punkty w prawicowym elektoracie kosztem polskiej racji stanu?
Polska ma pełne prawo do pamięci o ofiarach Wołynia. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że państwo polskie i oficjalna pamięć zostawiła w tej sprawie zbyt wiele miejsca dla alternatywnej, skrajnie prawicowej narracji, w sposób nieadekwatny upamiętniając ofiary ludobójstwa. Zamiast liczyć, że Ukraińcy przyjmą polską perspektywę - co z racji na poczucie krzywdy względem sąsiada psychologicznie jest w zasadzie wykluczone, można było budować własną pamięć, przyjmując do wiadomości, że w tej sprawie porozumienia z Kijowem nie będzie.
Karol Nawrocki jeszcze niedawno jako szef IPN przytomnie komentował, że nie będzie Ukraińcom wybierać bohaterów. Bo czy Polacy gotowi są na historyczną autocenzurę pod naciskiem Niemców, Żydów czy Litwinów? Narodowcy powinni być na taką zewnętrzną inżynierię szczególnie wyczuleni.
Awantura o UPA. Fałszowanie historii częstsze, niż się wydaje
Fałszowanie pamięci nie jest niczym nadzwyczajnym w historii Europy. O sile narodu świadczy zdolność do przyjęcia win w takim stopniu jak dumy z przeszłości. Nawet taki Francois Mitterrand do końca zaprzeczał kolaboracyjnej historii Francji, tak jakby większość kraju nie współpracowała dobrowolnie z reżimem Vichy podporządkowanym Trzeciej Rzeszy.
Nasza najważniejsza debata 30-lecia - o Jedwabnem - odbyła się dzięki odwadze polskich intelektualnych i politycznych elit, w tym przede wszystkim Jana Tomasza Grossa, Adama Michnika i Aleksandra Kwaśniewskiego.
Parafrazując innego francuskiego prezydenta, pamięć jest zbyt ważna, żeby zostawić ją historykom. Sytuacja z jednostką wojskową imienia "bohaterów UPA" jasno wskazała na ograniczenia dialogu intelektualistów i historyków z bardzo ograniczonym realnym wpływem na rzeczywistość, czy to społeczną, czy to polityczną.
Zamiast kolejnych listów otwartych potrzebna jest nam realna polityka, budująca wpływy polskie na Ukrainie, w taki sam sposób jak Niemcy, przy pomocy rozlicznych fundacji, finansowali debaty i programy w Polsce w latach 90 i 00. Nie ukrywajmy, że w ten sposób gwarantowali, że pewne tematy będą podejmowane, podczas gdy inne niekoniecznie.
Nie mamy "polskiej" partii na Ukrainie. Mimo rekordowej wymiany handlowej i setek tysięcy imigrantów nie przekłada się to w żaden sposób na nasze możliwości działania w Kijowie. Można oczywiście przywoływać zryw z 2022 roku, gdy Polacy spontanicznie odpowiedzieli solidarnością na rosyjską agresję, ale na sentymentach nie można budować realnej polityki, co najwyżej retorykę, a to o wiele za mało.
Antyukraińskość stanie się stałym elementem krajobrazu
Decyzje Zełenskiego i Nawrockiego podnoszą polityczny koszt niezbędnej współpracy polsko-ukraińskiej. Dziś nie ma co liczyć na romantyczne zrywy. Antyukraiński sentyment zaczyna się rozprzestrzeniać i zaraża coraz to kolejne przestrzenie. Niedługo, podobnie jak proukraińskość na początku wojny, stanie się niemal niezbędnym składnikiem politycznego mainstreamu.
Zamiast tanich gestów i odsyłania orderów potrzebujemy, nawet brutalnej, pragmatyki, twardo negocjującej, ale poruszającej się w sferze przewidywalności. Trudno będzie stworzyć na tej bazie chwytające za serce apele, ale może da się zbudować coś realnego, dzięki czemu relacje polsko-ukraińskie przestaną być sferą historycznych przepychanek. zaczną dotykać ludzi. Żyjących tu i teraz.
Leszek Jażdżewski













