Pośród zarzutów, jakimi zasypuje Mateusza Morawieckiego Jarosław Kaczyński, jest ten, że były premier "chciał przejąć PiS". Otóż w demokratycznych partiach najwyższe stanowiska mogą być przedmiotem konkurencji. Nie jest to niczym niezwykłym.
Tyle że Kaczyński traktuje PiS jako swoją własność. Nie ma się więc co dziwić, że przejaw ambicji kogoś innego niż on musiał się skończyć wstrząsami rozłamu.
Rozwój Plus w sondażach. Jak im się powodzi?
Jak wiedzie się Morawieckiemu, skoro poczuł się zmuszony zaspokajać swoje ambicje osobno? Tylko w dwóch sondażach: pierwszym Pollstera i ostatnio Social Changes Stowarzyszenie Rozwój Plus nie przekracza pięcioprocentowego progu. W innych dostaje między sześć a osiem procent. Łączy się to zawsze ze stratami PiS. Jak na razie nowa formacja łowi głównie wśród zwolenników partii Kaczyńskiego, a nie wdarła się mocno na terytoria formacji centrowych.
Tyle że to odzwierciedla wyjściowy poziom zaufania do byłego premiera, a nie ocenę już działającego projektu. Jego definitywnego oblicza programowego na razie Polacy nie znają. Marek Jurek celnie określił dylemat nowej partii: być lepszym PiS czy lepszą PO.
Jeżdżąc po Polsce, Morawiecki umiał się przedstawić jako kompetentny technokrata sypiący liczbami i pomysłami. Komentator Klubu Jagiellońskiego Konstanty Pilawa twierdzi, że do wykresów powinien teraz dodać wrażenie posiadania wielkiej idei, jak ze Stefana Żeromskiego ("Przedwiośnie" - szklane domy).
Dodałbym, że choć w terenie jest sporo ludzi i środowisk, które personalnie coś Morawieckiemu zawdzięczają, można odnieść wrażenie, że to formacja bardziej ekspertów niż prawicowego ludu. To może być przyczyną słabości na kolejnych etapach. Z jednej strony brak lokalnych twórców struktur, z drugiej - wizerunkowa jednostronność. Na razie były premier sporo czasu poświęca wymianie ciosów z dawnymi kolegami. Niby rusza do przodu, a wciąż się ogląda aby odpowiadać na ataki.
Zarazem w prawie wszystkich sondażach prawica, teraz już czteropartyjna, zachowuje łączną przewagą nad KO. Partia Donalda Tuska jest na pierwszym miejscu, ale nawet z przekraczającą próg Nową Lewicą ma za mało mandatów, żeby przejąć władzę. Rząd powinny więc tworzyć: dwie Konfederacje, PiS i partia Morawieckiego. Pytanie, czy to tak prosta układanka, jak niby wynika z liczb.
Nic się tu nie układa
Nawet w sondażu Social Changes, gdzie Morawiecki dostaje cztery procent i nie wchodzi do parlamentu, trzy partie prawicy powinny wziąć większość. Ten rezultat wywołał skądinąd histeryczną radość prawowiernych PiS-owców, wciąż zajętych okładaniem po głowie swojego dawnego premiera.
Warto jednak takim ludziom jak Patryk Jaki przypomnieć, że wystarczy lekkie przesunięcie rozkładu głosów i tych czterech procent może zabraknąć do prawicowej większości. Fundując nam kolejne cztery lata rządów Tuska. Po których z jakiejkolwiek prawicy nie będzie czego zbierać. Właśnie wyrok sądowy odebrał PiS-owi ostatecznie budżetową subwencję. Nawet przy prezydencie Nawrockim rząd KO rozmontowałby instytucjonalne podstawy pluralizmu w Polsce.
Kolejna konsekwencja zmiany politycznej mapy to ewentualna zmiana prawicowego prymusa. Na razie PiS ma na prawicy pierwsze miejsce. Ale gdy traci głosy, Konfederacja depcze mu po piętach. Tu z kolei powstanie partii Morawieckiego może spowodować wahnięcie się całej prawicowej koalicji w stronę przeciwną do poglądów byłego premiera.
Jego środowisko jest prozachodnie i antyrosyjskie. Jeśli misję tworzenia nowego rządu dostanie polityk Konfederacji, czeka nas zwrot w stronę kursu antyzachodniego, ambiwalentnego wobec USA i ugodowego wobec Rosji. To taki mały paradoks. Morawiecki swoją osobną inicjatywą może osłabić szanse na politykę, na jakiej mu zależy.
Skądinąd jeśli dojdzie do układania się czterech partii prawicy zamiast trzech, obecność wśród nich Morawieckiego jako jednego z liderów z pewnością utrudni porozumienie. Do tradycyjnego antagonizmu między Kaczyńskim i Konfederacjami, tyleż programowego co personalnego, dojdzie nowy - między dawnymi kolegami. Takie napięcia "w rodzinie" są z reguły najgwałtowniejsze. Tu spór będzie świeży, rany rozjątrzone.
Kłopotliwy Grzegorz Braun. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko
Z kolei dla konfederatów Morawiecki to symboliczny polityk mainstreamu, sojusznik tego, czego oni nienawidzą - geopolitycznej prozachodniości połączonej z prospołecznym etatyzmem. O to zawsze oskarżali Kaczyńskiego. Ale układający się z Unią (dodajmy: na polecenie Kaczyńskiego) "bankster" jako nowy partner, jeszcze podniesie temperaturę tych rokowań, i to o wiele stopni.
Tym trudniejszy stanie się dylemat: czy i jak negocjować z Grzegorzem Braunem. Nasuwa się tu analogia z koalicją PiS z LPR i z Samoobroną w roku 2006. Tyle że były to wprawdzie ugrupowania antysystemowe, ale nie godziły tak otwarcie w polską rację stanu jak ta nowa formacja.
Prorosyjskość, antyamerykańskość i antysemityzm Konfederacji Korony Polskiej są trudne do przełknięcia dla PiS. Kaczyński, oskarżany przez obecną koalicję o sojusz z Braunem, zaklina się, że wspólnego rządu z nim nie stworzy. Podejrzewa się go, że zrobi to w imię udziału we władzy. Dla Morawieckiego będzie to jeszcze trudniejsze.
W ataku być może udawanego szaleństwa Grzegorz Braun twierdził kiedyś, że CPK jest szykowany właśnie przez Morawieckiego jako kryjówka dla przywódców Izraela, jeśli Arabowie wygnają ich z Azji.
I Unia Europejska, i Ameryka Donalda Trumpa będą przeciwne udziałowi tego środowiska we władzy. I przy całym moim suwerennościowym nastawieniu nie będę się tym oburzał.
Czy istnieje jakaś formuła pozwalająca prawicy rządzić, korzystając z głosów partii Brauna, a unikając ryzyka dopuszczenia jej do decyzji dotyczących bezpieczeństwa Polski? Trudno ją dziś wymyślić. Można za to spytać, czy wszystkie te kłopoty nie popchną Morawieckiego do alternatywnej koalicji z ugrupowaniem Tuska.
Już dziś Patryk Jaki czy Jacek Kurski "są pewni", że dawny premier działa w porozumieniu z Tuskiem, a może na jego zlecenie. Na razie to element spiskowej propagandy. Ludzie Morawieckiego mówią o rządzie Tuska mniej więcej to samo co politycy PiS. Ba, ich argumenty są merytorycznie celniejsze.
Czy rozłam w PiS jest na rękę Tuskowi? O tyle tak, że głosy na prawicę będą bardziej rozdrobnione, a prawicowe waśnie mogą zrazić część wyborców. Ale też nie, jeśli Morawieckiemu uda się choć trochę wejść na elektorat rządzącej koalicji.
Prawdopodobny scenariusz na wybory 2027
Do wyborów Morawiecki jest tak czy inaczej skazany na śmiertelny bój z polityką Tuska. Nie może potwierdzić zarzutów Kurskiego. Ale też jego opór wobec niedbałych rządów KO jest moim zdaniem autentyczny. No chyba żeby przyjąć skrajnie cyniczną wizję polityki. Cała biografia Morawieckiego jej przeczy.
Dlatego sądzę, że jeśli czteropartyjna układanka się rozsypie, bardziej prawdopodobny będzie scenariusz rządu mniejszościowego (prawicy bez Brauna?) lub nowe wybory. Oczywiście nie wykluczam też, że Morawiecki nie dowiezie do jesieni 2027 roku tych swoich siedmiu procent. O ile ma je teraz, a nie jest pompowany przez sondażownie - w imię walki z PiS.
Nawet teraz po obu stronach PiS-owskiej wojny domowej są tacy, którzy wierzą w porozumienie tuż przed wyborami. Ostatnią nadzieją dla skutecznego układania się prawicy może być obchodzący pierwszą rocznicę swojej misji prezydent Karol Nawrocki. On jeden jest szanowany przez wszystkich: od ludzi Morawieckiego po Konfę. Ale sądzę, że siły starczy mu na złożenie paktu senackiego. Do wspólnej listy sejmowej raczej nie zagoni zazdrośnie strzegących swoich prerogatyw partyjnych liderów. Choć może zapędzi ich potem do wspólnego stołu po wyborach. Pytanie z jakim skutkiem.
Piotr Zaremba


















