Reklama

Reklama

Czekając na chór solistów

Platforma Obywatelska pokazała, że jako partia umie się skutecznie zorganizować; że ma dobrą diagnozę polityczną; że to na niej będzie spoczywać odpowiedzialność za przygotowanie całej opozycji do wyborów. Ale to wciąż ciut mało, by je realnie wygrać, a potem stworzyć skuteczny i stabilny rząd. To wciąż ciut mało, by przekonać partnerów opozycyjnych do współpracy. To wciąż ciut mało, by przebić sondażowy sufit 25 procent poparcia.

Donald Tusk, który sam siebie nazwał liderem opozycji - niczym Rocky Balboa po przejściach, pośród wiwatów zmotywowanych członków największej i wiekowej partii opozycyjnej - wkroczył na "ring" Radomskiego Centrum Sportu, spersonalizował ofiary kryzysu gospodarczego, radykalnie skrytykował rządy PiS jako władzę pazernych nieudaczników i przedstawił diagnozę: "Skończy się PiS - skończy się drożyzna". Rozdzielił także wiarę w Boga i państwowy klerykalizm, co skwitował kolejnym nośnym hasłem: "Wierzysz w Boga - nie głosujesz na PiS". Nie powiedział jednak, w jaki sposób chce realnie wygrać wybory, choć zapewne uznał, że początek wakacji, to nie jest najlepszy czas, by wikłać wyborców w takie szczegóły. Teraz liczy się show i mobilizacja.

Reklama

Platforma Obywatelska - to chyba główny przekaz sobotniej konwencji - chce być bliżej ludzi. Chce być bliżej - jak wyliczał Tusk - pani Ani, pana Waldemara, piekarza, policjanta, nauczycielki, którzy zmagają się z drożyzną w prywatnym wymiarze. Chce stworzyć komisję prokuratorów, którzy zajmą się realnie, a nie - jak dziś - fikcyjnie, nie tylko kościelną pedofilią. Chce się upomnieć o prawa kobiet, którym PiS zgotował piekło, dewastując niedoskonały kompromis aborcyjny. Chce - jak przekonywał prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski - zmiany na zupełnie inną Polskę, otwartą i nowoczesną. Ale nie wystarczy powiedzieć, że chleb może kosztować nawet 30 złotych; że spółki Skarbu Państwa zarobią 50 miliardów złotych dla swoich; że rząd Tuska zdusił kiedyś inflację do zera - by zapewnić sobie zwycięstwo. Trzeba czegoś więcej. 

Platforma wciąż jest największą formacją opozycyjną, ale rok po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki nie może sięgnąć po 30 procent poparcia, a takie miała, gdy w 2020 roku fotel przewodniczącego opuszczał Grzegorz Schetyna. Zostawił on zresztą w spadku następcom gotową i do dziś funkcjonującą formułę Koalicji Obywatelskiej oraz tzw. pakt senacki, z którego potencjału korzysta cała opozycja, choć z powodu personalnych animozji niechętnie wspomina się nazwisko twórcy tego sukcesu. Tusk, który od lat funkcjonuje w polityce jako polityczny singiel, mówi wprawdzie o konieczności wspólnej listy, ale politycy mniejszych ugrupowań skarżą się, że nie interesuje go partnerstwo, lecz dominacja. Na to samo skarżą się zresztą niektórzy członkowie jego własnej partii, podkreślając, że nie da się zbudować porozumienia całej opozycji, zaniedbując jedność wewnętrzną na swoim podwórku. Z tym także, jeśli chce się myśleć o zwycięstwie, trzeba sobie poradzić.

Jedna konwencja wiosny nie czyni, ponieważ nawet najlepiej przygotowane widowisko nie rozwiąże realnych problemów. Dziś PiS jest znacznie słabszy, zmęczony aferami, inflacją, konfliktami z Unią Europejską, siedmioma latami rządów, a jednak nawet w takich warunkach największa partia opozycyjna zmaga się ze szklanym sufitem, a jej lider nie bryluje na pierwszych miejscach w rankingach zaufania. Ostatni - IBRiS-u - pokazał, że lider PO znajduje się na siódmym miejscu, za Andrzejem Dudą, Mateuszem Morawieckim, Rafałem Trzaskowskim, Szymonem Hołownią, Jarosławem Kaczyńskim, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Nawet jeśli takie rankingi mierzą jedynie chimeryczne emocje wyborców, muszą budzić refleksje u każdego solisty z wielkimi ambicjami. Podobnie jak nie da się poprawić sobie samopoczucia, zawyżając wyniki umiarkowanie dobrego sondażu poprzez eksponowanie głosów wyłącznie wyborców zdecydowanych.

Opozycja ma jeszcze dużo pracy przed sobą, a Platforma w szczególności, żeby powtórzyć sukces mobilizacyjny Rafała Trzaskowskiego z wyborów prezydenckich. Choć nie udało się pokonać wówczas Andrzeja Dudy, opozycja - a szczególnie jej wyborcy - zdołali zjednoczyć się wokół pewnej idei. Mając przed sobą przeciwnika, który posiada propagandę, instytucje i ogromny potencjał mobilizacyjny, nie można ograniczać się do słusznych ocen i wiary w cud. One nie przestraszą PiS-u, który ma wyjątkową motywację utrzymania władzy za wszelką - naprawdę za wszelką - cenę. PiS przestraszy się dopiero wówczas, gdy soliści zaśpiewają w jednym - dobrze skonstruowanym, omówionym, przygotowanym na przyszłość - chórze. A do tego wciąż daleka droga.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy