Czas przegrupowania. Kaczyński, Mentzen i Braun wcale nie są skazani na zwycięstwo
W polskiej polityce nastał czas przegrupowania przed decydującym starciem w wyborach parlamentarnych. Czego się boją i na co mogą liczyć Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Sławomir Mentzen i mniejsze partie?

Nasz wakacyjny przegląd zacznijmy od największej partii w Sejmie:
PiS musi zachować inicjatywę, żeby zdobyć władzę
Nic tak nie spaja jak perspektywa powrotu profitów i możliwość zemsty na wrogu. Podważanie pozycji Kaczyńskiego czy rozłamy są w tych warunkach kompletnie nieopłacalne. Bezwzględna walka zacznie się wraz z ustalaniem miejsc na listach wyborczych i po wyborach.
Linie ataku są znane: ustępliwość PO przed Unią i Niemcami, nieszczelne granice, wzrost bezrobocia i pogorszenie się poziomu życia, nieustanny szantaż patriotyczny rocznicami i obławami. Nawrocki kroczy w awangardzie tej nabojki.
Głównym wyzwaniem dla PiS będzie utrzymanie mobilizacji i inicjatywy przez kolejne dwa lata, tak, żeby nie wytracić impetu przy jednoczesnej nasilającej się rywalizacji z Konfederacją. PiS będzie musiał poszukać drogi do młodych prawicowych wyborców, co dla partii obciążonej ośmioma latami rządów nie będzie łatwe.
Mogą pojawić się próby rozbicia lub osłabienia prawicowego konkurenta. Wolta Konfederacji, która jako partia nieprzewidywalna i niedoświadczona może licytować zbyt wysoko (teka premiera dla Mentzena), jest największym dziś zagrożeniem dla powrotu PiS do władzy.
Konfederacja jest zarówno czarnym koniem jak i potencjalnym słabym ogniwem
To przede wszystkim bardzo dobry wynik Konfederacji pozwala myśleć realnie o rządach prawicy. Sławomir Mentzen przełamał klątwę dobrych notowań kończących się wynikiem poniżej oczekiwań. Konfederacja dominuje w segmencie młodych mężczyzn i nie wydaje się, żeby któraś z istniejących partii mogła jej tę kulturową i komunikacyjną przewagę odebrać.
Jednocześnie nie jest to formacja wewnętrznie spójna. Walka o władzę może skończyć się głębokim podziałem, a nawet rozłamem, tym bardziej, że PiS będzie starał się walczyć o całą pulę, zamiast "hodować" sobie już nie tyle słabego koalicjanta, co poważnego rywala.
Poglądy liderów Konfederacji lokują się na prawo od jej wyborców. Jeśli chcą poważnie myśleć o władzy, powinni iść kursem rozsądku, a nie szurii - gdzie z kolei muszą się liczyć z bezkompromisową konkurencją ze strony Grzegorza Brauna. Tylko narracyjnej słabości innych partii Konfa zawdzięcza to, że może tak swobodnie wybierać sobie pole starcia. Wyrazistość i walka z establishmentem jest tym, co napędza im poparcie w sieci.
Wynik wyborczy mniejszych koalicjantów dał zwycięstwo nad PiS-em w 2023. Ich walka o topniejące poparcie może być przyczyną rozpadu koalicji
Istnieje sprzeczność między spójnym i jednoznacznym komunikatem ze strony rządu a interesami mniejszych koalicjantów. Napięcia będą narastać wraz ze spadkami sondażowymi i zbliżaniem się wyborów parlamentarnych.
Największy problem ma Polska 2050, która jako zbyt podobna do PO musi najostrzej walczyć o tlen - co kończy się awanturami w koalicji i słabnięciem jej jako całości.
Takie przeciąganie liny może poskutkować wyłącznie spadkiem notowań. Bo kogo z opozycyjnych wyborców przekona partia rządząca z Tuskiem? Chyba że formacja Hołowni, tak jak Razem, przejdzie do opozycji i uwiarygodni tym samym swoją krytykę. Od polityków będących w koalicji wyborcy oczekują nie gadania, ale wyników - a tych nie ma i raczej nie będzie.
Wobec kryzysu KO lewica ma przed sobą życiową szansę awansu do wyższej politycznej ligi. I niemal na pewno ją zmarnuje
Lewica, która wyszła w relatywnie niezłej kondycji z wyborów - bo też poprzeczka była wyjątkowo nisko zawieszona - znajduje się w ambiwalentnej sytuacji. Wobec prawicowego skrętu KO pojawia się przestrzeń do przyciągania progresywnego wielkomiejskiego wyborcy. Lewica z pomysłem na siebie i Polskę mogłaby powalczyć o wynik na poziomie Konfederacji. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że będzie walczyć z progiem wyborczym.
Lewicowy komentariat przede wszystkim chce piętnować "libków", a partyjna centrala stara się przede wszystkim udowodnić za wszelką cenę swoją lojalność, żeby nie stracić korzystnego stanu posiadania, i szczególnie funkcji marszałka sejmu dla Włodzimierza Czarzastego.
A koalicja wyborcza z Razem, w wersji "hard" nie będzie zbawieniem Lewicy - bo umiarkowany wyborca na taką listę i tak nie zagłosuje.
Wolta PSL-u?
PSL stoi na stanowisku, że wynik wyborów prezydenckich potwierdził konserwatywne racje w sporach światopoglądowych. Progresywne ustawy, zamiast na biurko Nawrockiego, trafią do kosza Kosiniaka. Tym samym nawet symboliczne obsłużenie rozczarowanych wyborców koalicji oczekujących zmian w obszarze stosunków państwo-Kościół czy aborcji nie będzie możliwe.
Charakter elektoratu ludowców sprzyja faktycznemu "blokowaniu" na jednej liście z innymi formacjami. Wyborcy PSL potrafią znaleźć swoich kandydatów nawet bez zielonej koniczynki na plakacie. PSL może liczyć na 3-4 proc. w wyborach parlamentarnych, nie widać jednak dziś patrona, który jak Kukiz czy Hołownia dowiózłby brakujące punkty, co będzie zwiększać nerwowość w partii.
Czy to oznacza możliwość przejścia PSL-u do obozu PiS? To raczej pieśń przyszłości, po wyborach parlamentarnych, jeśli do dymisji zmuszony zostanie Kosiniak-Kamysz i nie będzie możliwości budowy żadnej anty-PiSowskiej koalicji.
Nowe projekty polityczne to przystawki, a nie realne podmioty
Inicjatywy, które można nazwać roboczo partią zamożnych przedsiębiorców czy też podobną do nich "partią emerytowanych samorządowców", nie mają szans stać się realną alternatywą dla KO.
W najlepszym wypadku będą walczyć o próg 5 proc., i potencjalnie stanowią dobrego partnera dla PSL-u, być może zagospodarowując również część sierot po Polsce 2050. Brak w tych kanapowych projektach energii, który pozwoliłby nawiązać nawet do - umiarkowanych przecież - sukcesów Nowoczesnej czy Hołowni.
Dopiero na jesieni okaże się, czy Tusk odzyskał wigor i czy ma jakiś pomysł na kolejne dwa lata kohabitacji, które mogą tchnąć, nomen omen, nową nadzieję w rozczarowanych wyborców.
Jeśli dotychczasowy dryf będzie się utrzymywać, mogą pojawić się pomysły na zmianę premiera lub też polityczne inicjatywy, które będą w stanie rzucić wyzwanie Platformie jako głównej sile anty-PiS.
PO jest silna brakiem alternatywy
Dziś coraz częściej, nawet w mediach popierających Tuska, mówi się otwarcie o jego słabościach. Przegrana batalia z PiS podważyła jego główną legitymację do przywództwa. Jednak dopóki na horyzoncie nie pojawi się realny nowy obrońca przed PiS-em, hegemonia Tuska nie jest zagrożona.
Strach przed recydywą rządów prawicy nie idzie w parze ze zdolnością do niezbędnych zmian, które oznaczałyby utratę pozycji i wpływów, czy to w PO, czy w ich dziennikarsko-biznesowo-eksperckim zapleczu. Za słabi, żeby wygrać, za silni, żeby upaść. Dopiero klęska wyborcza w 2027 może przynieść tu jakieś przesilenie.
Przewaga 370 tys. głosów Nawrockiego nad Trzaskowskim to za mało, by mówić o strukturalnej przewadze prawicy. W Polsce jest elektorat, który może zatrzymać Kaczyńskiego, Mentzena i Brauna.
Po prostu trzeba go zmobilizować.
Leszek Jażdżewski













