Po aferze z salonikami VIP na SOR w Szpitalu Południowym i jego obrotnym kierowniku z Koalicji Obywatelskiej posypały się gromy na zarobki lekarzy. Dlaczego mają tyle zarabiać, skoro dostęp do służby zdrowia się nie poprawia? Nota bene saloniki VIP- które są po prostu specjalną ścieżką dla politycznych totumfackich, wypaczających jednocześnie ideę triażu - że pomagamy tym najbardziej wymagającym opieki w danym momencie - są elementem tego samego dysfunkcyjnego systemu.
Łatwo uderzyć jest w grupę społeczną, której w ostatnich latach standard płacowy podniósł się radykalnie - ale też z bardzo niskiego poziomu. Pytanie czy politycy robią to, żeby rozwiązać problem, czy wskazać wygodnego kozła ofiarnego i uniknąć odpowiedzialności za własne afery i zaniechania?
I czy nagonka na lekarzy rozwiąże jakikolwiek problem z dostępnością do podstawowych świadczeń zdrowotnych?
Błąd systemowy
Lekarze zarabiają na systemie, który tak jest zaprojektowany, a nie dlatego (nie licząc nielicznych oszustów) że są nieuczciwi. Pracują dużo i ciężko, kolędując po powiatowych szpitalach, które dobrze wycenianymi świadczeniami podtrzymują swoje istnienie przy życiu. Ceną za przetrwanie są horrendalnie wysokie kontrakty dla potrzebnych specjalistów, np. kardiologów czy coraz częściej deficytowych anestezjologów.
Dziś lwią część budżetu NFZ pożerają płace, które są indeksowanego do średniego wynagrodzenia. Jeśli 69 groszy z każdej złotówki wzrostu nakładów pochłaniają płace trudno jest przekonywać do (niezbędnego w dłuższym okresie) wzrostu składki zdrowotnej, która nie pokrywa bynajmniej całego budżetu deficytowego NFZ.
W 2026 wyniósł on 217 miliardów, wcześniej jednak rósł skokowo: ze 144 miliardów w 2023 roku do 190 miliardów w 2024 r. i 220 miliardów w 2025 r. Szacowana luka w 2026 roku wynosi, według ministerstwa zdrowia, 23 miliardy, która powiększy, i tak rekordowy, dług publiczny.
To, co jest sensowne z punktu widzenia indywidualnego podmiotu: lekarza, który bierze bardzo dobrze wyceniane kontrakty w małych szpitalach, szpitala, który podejmuje się zabiegów, za które NFZ dobrze płaci, prowadzi do systemu, który marnuje publiczne pieniądze. Wytwarza się mechanizm wewnętrznej konkurencji prowadzącej do podnoszenia kosztów i nieefektywnego zarządzania (zadłużenie szpitali na koniec pierwszego kwartału 2026 r. wyniosło 36 miliardów złotych. Same odsetki od zadłużenia szpitali powiatowych w 2025 r. roku to 344 miliony złotych - to niemal tyle ile wynosi budżet na podstawową opiekę zdrowotną w mieście wielkości Łodzi w ciągu roku.
Zapowiadane górne limity zarobków i ograniczenie liczby etatów, na których może pracować jeden lekarz są sensownym krokiem w dobrą stronę. Jednak dopiero urealnienie stawek przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) i doszacowanie przewlekłych, ale słabo wycenianych świadczeń (zabieg usunięcia zaćmy jest podobnie wyceniany co leczenie poważnego zapalenia płuc, choć jeden trwa 30 min a drugie co najmniej kilka dni) sprawi, że mniejsze szpitale będą mogły skoncentrować się na tym, co realnie potrzebne na poziomie powiatowym: interna, podstawowa chirurgia, coraz częściej również geriatria.
Szpitale wojewódzkie koncentrowałyby się wówczas na wyspecjalizowanych oddziałach i trudniejszych przypadkach, co podnosić będzie też jakość usług.
Brak informacji w systemie służby zdrowia o tym, ile konkretni lekarze zarabiają i na jakich kontraktach pracują, to fatalne zaniedbanie. Dobrze, że premier zapowiedział likwidację tego stanu rzeczy i realne raportowanie do NFZ-u. Bez wiarygodnych danych nie ma mowy o skutecznym zarządzaniu, szkoda, że nie widać zainteresowania tym Ministerstwa Zdrowia.
W sytuacji gdy wyceny świadczeń są stałe, to konkurencja pomiędzy szpitalami prowadzi wyłącznie do zwiększania wycen za tę samą pulę specjalistów - którzy wciąż wykonują te same zabiegi, ale za coraz wyższe ceny. Istnieje ryzyko, że próba ograniczenia liczby godzin i etatów oprócz tego, że obniży zarobki niektórym lekarzom, przyniesie również wydłużenie kolejek - bo nie ma nowych lekarzy czekających na zajęcie miejsca tych, którzy będą pracować mniej.
Kierunki medyczne notują oblężenie, nowy wydział lekarski na UW odnotował przeszło 32 osoby na miejsce, na kierunek lekarski na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi aplikowało ponad 14 kandydatów na jedno miejsce. Potrzebne jest zwiększenie naboru na (jakościowe) kierunki lekarskie - ale to efekty da w perspektywie pięciu a nawet 10 (specjalizacje) lat. Kontrolowana imigracja i nostryfikacja dyplomów może dać efekty szybciej. Ale tu nagonka prawicy na migrantów i na Ukraińców w szczególności, będzie prowadzić do efektów odwrotnych.
Kosztowna konkurencja
Mechanizm konkurencji miałby sens, gdyby prowadził do obniżki cen za to samo świadczenie - czyli prowadził do oszczędności pieniędzy podatników i zwiększenia podaży świadczeń. Tymczasem prowadzi do inflacji kosztów szpitali i wynagrodzeń lekarzy.
Być może sensowne byłoby wprowadzenie wewnętrznej konkurencji dla NFZ w postaci prywatnych funduszy ubezpieczeniowych, co prowadziłoby do konkurencji o pieniądz publiczny i ofertę dla pacjenta. Może również dodatkowe ubezpieczenia w ramach publicznej służby zdrowia pozwoliłyby bardziej efektywnie wykorzystywać sprzęt i specjalistów "po godzinach", kiedy żniwa zbierają prywatne kliniki.
Celem strategicznej reformy powinno być zoptymalizowanie dostępności lekarzy i wycen zabiegów, a nie utrzymywanie zbędnych oddziałów za horrendalne ceny, kosztem zadłużenia w prowincjonalnych szpitalach i nabijania przy okazji kont najbardziej mobilnym i obrotnym specjalistom.
Polityczny pat
Cytując klasyka, nie wolno zmarnować dobrego kryzysu. Potrzebne są daleko idące zmiany istniejącego systemu, mające na celu zwiększenie korzyści dla pacjentów i maksymalizację efektywności. To nie tylko interes obecnego rządu, ale również prezydenta i opozycji, bo problem odziedziczy kolejny, być może prawicowy rząd. A koszty reformy pójdą na konto ekipy Tuska. Jednak nie może on pozwolić sobie na bierność, tylko dlatego, że temat Szpitala Południowego zszedł z czołówek medialnych. Jeśli nie dokona teraz radykalnych zmian, wówczas zderzy się ze ścianą zapaści w służbie zdrowia w roku wyborczym.
Jesienią zaczną się kończyć pieniądze z NFZ na kolejne świadczenia i okaże się, że najbliższe terminy ważnych zabiegów i badań są dopiero na odległy termin w roku przyszłym. Wytykanie palcem lekarzy niczego tu nie zmieni.
I dopiero rządzący zobaczą, co to znaczy prawdziwy gniew społeczny.
Leszek Jażdżewski















