Żeby mieć benzynę albo diesla w baku auta, samolotu albo maszyny rolniczej, to trzeba po pierwsze dysponować ropą w stanie surowym. I - po drugie - poddać tę ropę procesowi rafinacji czyli uzdatnienia do użycia. Europa nigdy szczególnie zasobna w złoża ropy nie była. Ale przynajmniej dbała o to, by mieć do tego surowca w miarę swobodny dostęp i by potem tenże surowiec u siebie na swoich warunkach przetwarzać w rafineriach.
Tak było od końca XIX wieku, gdy okazało się, że to ropą najlepiej i najskuteczniej napędza się rozwój i obsługuje dobrobyt zachodnich społeczeństw. To było rozsądne.
Problem w tym, że kilkanaście lat temu Europa postanowiła skończyć z rozsądkiem.
To wówczas zapadła decyzja o wejściu na całego w politykę klimatyczną. Jej celem miało być zmniejszenie emisji CO2. Wypowiedziano wojnę tym wszystkim fundamentalnym dla rozwoju i dobrobytu technologiom, które do emisji prowadziły, zostały więc uznane za "brudne".
Ropa - oraz jej pochodne, czyli paliwa - zostały wpisane na czarną (nomen omen) listę wrogów fajnych nowoczesnych społeczeństw Zachodu, które od teraz będą już tylko eko oraz smart.
O tym jak Europa rezygnowała z ropy...
To szło kilkoma kanałami naraz. Podkręcano normy paliwowe, zaplanowano objęcie emisji związanych z transportem para podatkiem w formie ETS i forsowano przekonanie o przyszłości, która opierać się będzie o elektromobilność.
Wszystkie te zjawiska w oczywisty sposób zmniejszały marże zysków w klasycznym sektorze paliwowym. A to z kolei sprawiało, że pieniądz i inwestycje stamtąd uciekały.
Nikt przecież nie idzie tam, gdzie nie ma perspektyw. W efekcie sam proces rafinacji ropy stawał się coraz mniej opłacalny. Nic dziwnego, że maleć zaczęły zdolności Europy do własnej produkcji paliw. Rafineria po rafinerii. Kraj po kraju. Rok po roku.
Antwerpia, Grandpuits, Cremona, Harburg, Humberside, Jasło, Reichstett, Teeside, Sisak. To wszystko miejsca, gdzie rafineryjne moce przerobowe zostały w ostatnich latach albo całkiem zamknięte, albo okrojone do wielkości ogryzka. Ewentualnie przekształcone w terminale do magazynowania ropy albo biorafinerie. To się działo. I to się dzieje nadal.
Dlatego jeżeli porównamy moce rafineryjne całej Europy (UE plus Wielka Brytania, Norwegia czy Szwajcaria) w roku 2009 i 2026, to zobaczymy regres. I to bardzo duży, bo aż o ponad 20 proc. Z ponad 800 do ok. 630 mln ton rocznie.
Patrząc na wielkie kraje uprzemysłowione takie jak Francja, Wielka Brytania, Włochy, Niemcy czy Belgia, spadki są wręcz niewiarygodne. Od minus 20 proc. do ponad minus 40 proc. wygaszonej produkcji. Trudno nie zauważyć, że to dokładnie te same kraje, które szły (i idą nadal) na czele zielonej rewolucji.
Zielona rewolucja na polskim podwórku
W Polsce potencjał rafineryjny jest dziś mniej więcej na tym samym poziomie, co półtorej dekady temu. Na tle sąsiadów to trochę pocieszające. Ale i martwiące - nie wykorzystaliśmy bowiem szansy, by wejść w miejsce opuszczone przez konkurentów.
I pomóc także samemu sobie, bo akurat Polska jest od importu paliw zależna w stopniu dwukrotnie większym niż zachód Europy.
Trudno o bardziej wymowny przykład tego, w jak niszczący sposób działa zielona rewolucja. Nie w pięknej i pełnej wzniosłych słów o dobru planety czy przyszłości kolejnych pokoleń teorii. Ale właśnie w praktyce.
Europa zachowuje się bowiem od lat, jakby uciekła przed rzeczywistością w świat fikcji i ułudy. Zachodnia opinia publiczna jest przekonana, że ratuje świat przed katastrofą klimatyczną. A politycy i media ich w tym przekonaniu utwierdzają. W rzeczywistości jednak tak się wcale nie dzieje. Jest wręcz odwrotnie.
Nawet w krajach kroczących w absolutnie pierwszym szeregu ekologicznego mesjanizmu spadek popytu na klasyczne paliwa to ledwie kilka procent. I to pomimo olbrzymich pieniędzy zainwestowanych w państwowe promowanie elektromobilności. Jednocześnie wzrost zapotrzebowania na paliwo po stronie sektora logistyki czy sektora lotniczego jest znaczący.
W tym ostatnim przypadku (popyt na paliwo Jet A1) wręcz ogromny. Tu nie ma mowy o przypadku. Ktoś musi przecież rozwieźć te wszystkie towary, które kupujemy w ramach rozwoju e-handlu. I ktoś musi nas zawieźć na wakacje, które niechętnie spędzamy blisko domu.
Ale skoro zapotrzebowanie na paliwa rośnie, a zdolności do wytwarzania paliw u siebie spadają, to tę lukę trzeba pokryć importem. I to nie tylko ropy, ale właśnie produktów naftowych. Do roku 2022 świetnym dostawcą była Rosja. Ale czym się to skończyło, to wiemy.
Pozostają Amerykanie, Korea czy Afryka. No i oczywiście kraje Bliskiego Wschodu. Ale jak by nie liczyć, to import coraz większej części zapotrzebowania czyni Europę bardziej zależną energetycznie. Starczy, że przez dwa miesiące płynie z Bliskiego Wschodu mniej ropy i już robi się wieki problem.
Do słabiutkiego źródełka ustawiają się ci sami klienci. Tylko coraz bardziej spanikowani, że nie obsłużą swoich klienta i stracą rynek. A ponieważ sprawa dotyczy coraz bardziej produktów naftowych, to potem sytuacja jest taka, że ceny paliw rosną, choć cena baryłki brent spada. Dokładnie tak, jak teraz.
Będzie tylko gorzej?
Niektórzy wyciągają stąd wniosek, że obecna paliwowa drożyzna to najlepszy powód, by… przyspieszyć zieloną rewolucję i odchodzenie od ropy oraz jej przetworów. Ale to trochę jak mówienie, że jak w naszym sklepie drożeją owoce albo warzywa, to trzeba wreszcie skończyć z ich jedzeniem. I przejść na na jedzenie wyłącznie mięsa. Tak się zrobić nie da. Bo w rzeczywistości - tej prawdziwej, a nie urojonej - nasza cywilizacja wisi na ropie, na benzynie i na dieselu.
Właśnie teraz tego bardzo boleśnie doświadczamy. Bardzo możliwe, że rząd się w końcu ugnie przed gniewem ludu i wróci zaraz z kolejnym programem typu CPN. To znaczy zrezygnuje z tego, co państwo na sprzedaży produktów naftowych klientom końcowym zarabia. A zarabia sporo, bo mniej więcej połowę ceny każdego litra tankowanej na stacji benzyny albo diesla.
Jednak nawet jak zrezygnuje i przeznaczy kolejnych kilka kolejnych miliardów na osłanianie obywatelom wysokich cen paliw, to przecież problemy leżące u podstaw pozostaną takie same. A Europa - odmawiając przyznania się do katastrofalnego błędu polityki klimatycznej - nadal będzie uciekać przed rzeczywistością w krainę fantazji.
Rafał Woś















