Centrum niezgody
Rozpad Polski 2050 to kabaret. Ale skutki mogą być dla władzy opłakane. O sprawczość będzie jeszcze trudniej. Przy okazji znów okazało się, że aby oczarować czymś tzw. normalsów, nie można bawić się w przesycone narcyzmem, infantylizmem i amatorszczyzną polityczne przedszkole.

Styl rozpadu Polski 2050 na dwa skłócone kluby parlamentarne można rozpatrywać tylko w kategoriach kabaretowych, choć to, co się stało, może w niedalekiej przyszłości zakłócić funkcjonowanie całej koalicji rządzącej.
Niekoniecznie dlatego, że - jak głosi jedna z rozsiewanych plotek wprost z politycznego magla - stronnicy Szymona Hołowni skupieni wokół Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz nawiążą współpracę z Mateuszem Morawieckim, gdy ten opuści Prawo i Sprawiedliwość.
Polska 2050 i Centrum zmartwieniem władzy
Dla Donalda Tuska zarządzanie już nie czterema, ale pięcioma podmiotami koalicyjnymi będzie jeszcze trudniejsze, ponieważ porozumienie w kluczowych sprawach stanie się niemożliwe. A i walki frakcyjno-personalne o stołki nie wróżą dotrwania do końca kadencji w spokoju. Zwłaszcza że głównym zmartwieniem władzy już wkrótce stanie się pytanie, w jakiej konfiguracji iść do wyborów, by utrzymać rządy po 2027 roku.
Dawni koledzy z jednej partii zgromadzeni w dwóch klubach już zapowiadają, że będą się różnić programowo. Dokładne nie wiadomo, co mają na myśli, bo przecież do niedawna tworzyli wspólne ugrupowanie. Podobno rebelianci od Pauliny Hennig-Kloski chcą iść w stronę polityki liberalnej i bardzo silnie współpracować z Koalicją Obywatelską, ponieważ - jak wynika z innej plotki - szykują się do wchłonięcia przez partię kierowaną przez premiera.
W tym celu budują wehikuł o nazwie Centrum, dzięki któremu będą mogli znaleźć się na wspólnych listach wyborczych. Nie da się bowiem poważnie traktować propozycji politycznej, która niczym lub prawie niczym, a szczególnie osobą lidera nie będzie różnić się od nieistniejącej już Nowoczesnej. Tamten eksperyment się nie udał i skończył jako przystawka Platformy Obywatelskiej.
Resztki szans Szymona Hołowni
Z kolei ci, którzy pozostali w starym klubie, planują prowadzić politykę prospołeczną i silnie asertywną wobec wspieranego przez siebie gabinetu. Mają tam zresztą przewagę liczebną, bo byli koledzy dysponują tylko resortem klimatu, a okrojona Polska 2050 ma nie tylko posady rządowe, ale także stanowisko wicemarszałka Sejmu. Ale nieżyczliwi mówią nawet, że punktem docelowym mogłaby być dla nich nie tyle koalicja z byłym premierem z PiS, ile z partią Razem.
Jeśli ktoś szukałby odpowiedzi na pytanie, czym jest niepoważna polityka, to właśnie tym. Roztrwonienie dość istotnego w swoim czasie potencjału i kapitału społecznego jest kolejną odsłoną spektaklu pt. "Jak obiecać wyborcom inną politykę i zrobić wszystko, by z obietnicy się nie wywiązać?".
Jedyne pytanie, które jest poważne z punktu widzenia przyszłości Polski 2050, dotyczy tego, co zamierza jeszcze zrobić Hołownia, by uratować resztki zmarnowanych szans. On dysponuje stanowiskami, umową koalicyjną, realną kontrolą nad klubem i pokawałkowaną partią, a także wciąż nieugaszoną ambicją, by coś jeszcze znaczyć, a może nawet - jak pisał poeta - jeszcze raz pofrunąć.
Alternatywą dla bezczynności i fantasmagorii o porozumieniu z jakąś częścią opozycyjnej prawicy są polityczne ramiona Władysława Kosiniaka-Kamysza. O ile lider Polskiego Stronnictwa Ludowego będzie potrzebował takiego wsparcia, bo nie znajdzie go gdzie indziej.
Przewrót afektywny
Upadek Polski 2050 każe ponownie zadać pytanie, czy w tak spolaryzowanym kraju da się zbudować formację centrową, której głównym zadaniem byłoby stabilizowanie lewicowo-prawicowej wojny kulturowej. Jeśli za przykład dać niedawną krytykę telewizyjnego wywiadu Marty Nawrockiej, której lewicowa feministka poradziła milczenie, za co spotkał ją hejt ze strony prawicy, to odpowiedź jest negatywna.
Jeżeli lewicujące feministki uważają, że nie warto walczyć o dobrostan kobiet o światopoglądzie konserwatywnym, a dla prawicy każda wzmianka o liberalizacji prawa aborcyjnego jest oznaką zbrodni, to szans na staromodną wymianę myśli czy powrót do realnej debaty dawnego typu nie ma.
Bo nie tylko w tej sprawie wyborcami targają emocje, które są fundamentem współczesnej postpolityki. A żeby oczarować czymś tzw. normalsów, dać im szansę na powrót z emigracji wewnętrznej, nie można bawić się w przesycone narcyzmem, infantylizmem i amatorszczyzną polityczne przedszkole. Nikt tego na dłuższą metę nie będzie traktować serio.
Jak mówi prof. Ewa Marciniak, politolożka z Uniwersytetu Warszawskiego i szefowa CBOS, dziś mamy w polityce do czynienia z "przewrotem afektywnym". Oznacza to, że polaryzacja nie dotyczy już logiki czy spraw programowych, ale wyłącznie namiętności, którymi można grać bez końca. To jeszcze wyżej stawia poprzeczkę tym, którzy chcą adresować się do wyborców umiarkowanych. Oni czekają na mądrego lidera, a od lat dostają nietrwałe podróbki.
Przemysław Szubartowicz













