Blamaż Polski 2050 to poważny kłopot dla całej koalicji
O ile dziennikarze chętnie kpią z sytuacji w Polsce 2050, o tyle w koalicji rządzącej budzi ona niepokój. Po pierwsze dlatego, że upadek tej partii przy drapieżnych apetytach opozycji mógłby już wkrótce zachwiać sejmową większością. A po wtóre - ze względu na przyszłość. Bez Trzeciej Drogi 2.0 (lub innego projektu centrowego czy liberalnego) rządzenie po następnych wyborach parlamentarnych może okazać się niemożliwe, bo prawica weźmie całą pulę.

Dzisiejsza radość premiera Donalda Tuska z dobrych sondaży Koalicji Obywatelskiej jest raczej robieniem dobrej miny do złej gry, niż uspokajającym entuzjazmem dumnego lidera. Miło być na pierwszym miejscu, ale mniej miło jest wiedzieć, że nie jest to równoznaczne z przedłużeniem władzy.
Trzy scenariusze
Wiadomo bowiem, że bez dodatkowego - poza balansującą na progu i skłóconą lewicą - wsparcia koalicyjnego po 2027 roku w ławach rządowych zasiądzie koalicja formacji prawicowych. Dlatego kryzysowa sytuacja w Polsce 2050, która wciąż dysponuje niezbędną do utrzymania większości reprezentacją w Sejmie, staje się problemem całej władzy.
Blamaż z głosowaniem w dogrywce wyborów na przewodniczącego partii (wciąż) Szymona Hołowni stał się okazją do medialnych żartów, jednak głębsza analiza tej sytuacji pokazuje, że politycy władzy zdali sobie sprawę z powagi sytuacji.
Kuluarowe plotki - rozsiewane w ramach gry medialnej - dotyczą trzech scenariuszy:
- Po pierwsze, wybór Pauliny Hennig-Kloski, podobno blisko współpracującej z rzecznikiem rządu Adamem Szłapką, miał gwarantować zbliżenie Polski 2050 z KO. Do wchłonięcia włącznie.
- Po drugie, zwycięstwo Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz miało oznaczać głęboki spór z premierem i brak kontroli nad polityką mniejszego koalicjanta. Bez gwarancji samodzielnego sukcesu.
- Po trzecie wreszcie, wizja powrotu do gry Szymona Hołowni wiąże się z przekonaniem, że jest on jedynym człowiekiem w swojej partii, który coś z prawdziwej polityki rozumie. No, może poza tym, że jako publiczny krytyk PiS i główny przedstawiciel obozu anty-PiS nie powinien pod osłoną nocy "spiskować" z ludźmi PiS w prywatnych mieszkaniach.
Aura "zdrady"
Hołownia przeszedł już swój polityczny czyściec - od wzlotu do upadku. Ale nie tacy jak on upadali lub znikali, a potem wracali. Będzie się za nim ciągnął malowany przez przeciwników wizerunek politycznego narcyza z wielkimi ambicjami prezydenckimi, który w niejasnych okolicznościach odnalazł się na kolacji u Adama Bielana z Jarosławem Kaczyńskim i Michałem Kamińskim.
Być może aura tej "zdrady" ("polityk w ogóle nie zna słowa zdrada", jak śpiewał bard) będzie Hołowni towarzyszyć stale, jednak jego ewentualny powrót do gry w Polsce 2050 byłby - jak słychać na sejmowych korytarzach - na rękę całej koalicji rządzącej. Tusk oczywiście zdaje sobie sprawę, że Trzecia Droga 2.0 z udziałem Hołowni i może (znów) Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz innych podmiotów byłaby tworzona w kontrze do jego koalicyjnej monowładzy, jednak widmo oddania rządów Grzegorzowi Braunowi ma łagodzić ten dyskomfort.
Jeśli Hołownia finalnie pozostanie szefem Polski 2050, nie będzie miał łatwiejszego zadania, niż śmiałkowie, którzy chcieli partię po nim przejąć. Zwłaszcza że podstawowe pytanie polityczne dotyczy tego, czy w spolaryzowanej Polsce, gdzie polityka już dawno zamieniła się w populistyczną postpolitykę, jest miejsce na partię środka.
Kto chce do centrum?
Czy polityczne centrum jest większe niż garstka emigrantów wewnętrznych, którzy uciekli w ciszę przed wojną polsko-polską? Czy da się powtórzyć manewr z 2023 roku i stać się powyborczym koalicjantem dla hegemona po stronie demokratycznej? Czy wyborcy nadal potrzebują siły, która deklaruje, że w polityce chodzi o dialog, wartości i stabilizowanie sceny, na której tańczą harcownicy duopolu?
Nie wiadomo, czy Hołownia zadaje sobie dziś te pytania. Ale one są kluczowe, jeśli chciałby skutecznie wejść po raz drugi do tej samej rzeki.
Nie wiadomo, czy politycy tworzący Polskę 2050 po ewentualnym resecie z Hołownią na czele (lub z kimkolwiek innym) będą w stanie raz jeszcze uwieść czymś wyborców. Ani czy są zdolni do przekroczenia własnych wyobrażeń o polityce, które zostały skompromitowane lub zweryfikowane negatywnie.
Wiadomo, że bez jakiejś "trzeciej drogi" władza raczej władzy nie utrzyma. Na razie jednak na horyzoncie nie widać żadnego ruchu politycznego, który miałby realne szanse na to, by stać się tego typu propozycją. Może się więc okazać, że beneficjentem obecnego kryzysu stanie się znane przysłowie: na bezrybiu i rak ryba.
Przemysław Szubartowicz












![Rządowy przełom, na który poczekamy do 2101 roku [13 PIĘTER]](https://i.iplsc.com/000MAL83HB6X5W8D-C401.webp)
