Bezrobocie rośnie od miesięcy. Ale rząd Tuska nie widzi problemu
W Polsce jest już prawie milion bezrobotnych. Ostatni raz było ich tyle w głębokim covidzie. Ale teraz nie ma przecież żadnej pandemii.

170 tys. ludzi to mniej więcej tyle, ile wynosi populacja Olsztyna, Bielska-Białej albo Gliwic. I o tyle właśnie zwiększyła się w ciągu ostatnich dwóch lat liczba osób, które nie mają w Polsce pracy i jej aktywnie poszukują.
Najnowsze dane Ministerstwa Pracy wskazują, że w styczniu 2026 roku było dokładnie 940 tys. oficjalnie zarejestrowanych bezrobotnych. To tzw. bezrobocie rejestrowe, czyli to najbardziej optymistyczne, nieuwzględniające tych, którzy - z różnych przyczyn - o status bezrobotnego nie wystąpili. Na przykład dlatego, że są na wypowiedzeniu, albo mają już coś na widoku i w oparciu o oszczędności próbują przetrwać czas pomiędzy zatrudnieniami.
Czas przełomu czy regres?
Ostatnio milion bezrobotnych mieliśmy w czasie pandemii między majem 2020 a czerwcem 2021. Ale wtedy stanęły prawie całe usługi i spora część produkcji. A teraz mamy - jeśli wierzyć rządowemu PR-owi - ożywienie gospodarcze i czas przełomu.
Ja tu jednak widzę raczej regres do czasów wzrostu gospodarczego, który nie chciał się przełożyć na poprawę sytuacji pracujących Polek i Polaków. Dziwny jest ten wzrost, który nie przynosi owoców, przyznacie sami?
Kiedy - przeszło dwa lata temu - rząd Donalda Tuska przejął władzę w Polsce, bezrobocie rejestrowe w Polsce wynosiło ok. 770 tysięcy. Dziś jest wyższe o prawie jedną czwartą. Stopa bezrobocia z 5 proc. wzrosła zaś do 6 proc. i rośnie nieprzerwanie od ośmiu miesięcy. To oczywiście w skali całego kraju.
Są bowiem takie rejony, gdzie sięga już 10 proc. Na przykład woj. warmińsko-mazurskie czy podkarpackie. I to wcale nie jest tak, że na pracowników czeka mnogość ofert. W styczniu do urzędów zgłoszono 25 tys. ofert pracy lub aktywizacji zawodowej. To o 60 tys. mniej niż w styczniu ubiegłego roku. Rok do roku następuje spadek o jakieś 70 proc.
Zwolnienia grupowe na ogromną skalę
Tak się składa, że od dwóch lat kieruję "Tygodnikiem Solidarność" - to znaczy medium, które ze swej natury widzi i słyszy to, co dzieje się w "bebechach" polskiej gospodarki. To znaczy na poziomie zakładów pracy. Od dwóch lat piszemy regularnie o tym, że przez Polskę przetacza się fala zwolnień grupowych. PKP Cargo, Black Red White, Beko, Henkel czy eksporter Eko-Okna. Fujitsu Technology Solutions, HSBC, Heineken i Shell, Walcownia Rur "Andrzej" w Zawadzkiem, Zakład Porcelany "Karolina", producent płytek Cerrad, FCA Powertrain w Bielsku Białej, Scania w Słupsku, ABB w Kłodzku, Forte w Ostrowii Mazowieckiej, Poczta Polska, koncern medialny Agora.
To tylko niewielka część bardzo długiej listy przedsiębiorstw, które w ciągu minionych miesięcy realizowało zwolnienia grupowe. Informacje na ten temat czasem przebijały się do świadomości opinii publicznej. W większości przypadków owe "grupówki" były przez rządzących Polską liberałów oraz komentariat o takim samym zabarwieniu zbywane z mieszanką wzgardy i irytacji.
Powiadano, żeby nie szukać dziury w całym, bo przecież takie zwolnienia są w kapitalizmie czymś zupełnie normalnym. Albo że to "naturalna korekta" lub też "sezonowe fluktuacje". Słowem - nic wielkiego, czym należałoby się przejmować.
Sam (także na łamach Interii) powtarzałem, że sprawa jest dużo poważniejsza i jest tylko kwestią czasu, by zwolnienia grupowe zaczęły być widoczne w całym obrazku polskiego zatrudnienia. Tak też się stało.
Sezonowe fluktuacje czy niechlubny rekord zwolnień?
Już w 2024 zwolnienia grupowe dotknęły prawie 30 tys. pracowników. Co wtedy oznaczało wzrost rok do roku o jakieś 60 proc. Po 2024 przyszedł 2025 i przyniósł… jeszcze więcej zwolnień. W sumie zgłoszono ich ponad 97,6 tys. Jak wyliczyła wtedy "Rzeczpospolita", było to najwięcej od czasów globalnego kryzysu finansowego z lat 2008-2009.
Doniesienia o zwolnieniach grupowych docierają nadal: Nordea, ZPR, Carrefour czy Stallantis (dawniej Fiat) to garść dużych graczy, którzy będą zwalniać w roku 2026. Nie wygląda, więc na to, by w tym roku sytuacja miała się jakoś zasadniczo poprawić. Szczytem marzeń jest to, by… nie padł kolejny niechlubny rekord.
Ale sedno problemu polega również na tym, że te zwolnienia to nie są właśnie żadne sezonowe fluktuacje w branży usług, gastronomii albo turystyki. Czyli tam, gdzie niepewność jest stanem permanentnym. Tu mowa o utracie miejsc pracy dotąd pewnych, solidnych i nieźle płatnych - związanych przede wszystkim z przemysłem oraz wytwórczością. Chodzi o sedno naszej gospodarki. Kłopoty działających tu pracodawców oznaczają, że firmy albo zupełnie zwijają działalność albo znacznie ją redukują.
Biorąc pod uwagę konkurencyjność rynków, na które sprzedawały swoje produkty (także za granicą), pamiętać musimy, że stąd da się "wyjść tylko na chwilę". Nie można zredukować zatrudnienia i produkcji, przeczekać i potem wrócić. Tak nie będzie. Tym firmom grozi utrata rynków na stałe. Także ich miejsca pracy, to takie, które zapewne nigdy już nie odrosną.
Kto jest winien wzrostu bezrobocia?
Drugi wielki problem to jest mapa tych zwolnień. Większość z nich dotyczy Polski prowincjonalnej. To wielkie zagrożenie, bo erozja miejsc pracy w takich lokalizacjach jest tysiąckrotnie większym problemem niż zwolnienia w Warszawie, Poznaniu albo Wrocławiu. Tam mniej jest ofert konkurencyjnych, a groźba powrotu bezrobocia strukturalnego jest już bardzo duża.
Kto winien? Wśród zwyczajowych podejrzanych liberałowie lubią wspominać oczywiście nadmiernie - ich zdaniem - wysoką płacę minimalną. Takie tłumaczenie nie ma jednak ugruntowania w faktach. Gdyby bowiem wzrost płacy minimalnej wymuszał spadek zatrudnienia, to by oznaczało, że w latach 2015-2023 musielibyśmy mieć w Polsce czas straszliwego wzrostu bezrobocia, prawda?
W tamtym okresie płaca minimalna wzrosła bowiem o ponad 100 proc. (nominalnie). Z 1750 zł brutto do 3600 w 2023. Tymczasem w tamtym okresie bezrobocie w Polsce spadło z 10 proc. w roku 2016 do wspomnianych 5 proc. pod koniec rządów prawicy. Z 1,5 mln bezrobotnych do mniej niż połowy tej liczby, czyli wspomnianych 770 tysięcy.
I odwrotnie. Pod rządami koalicji Tuska w latach 2023-2026 wzrost płacy minimalnej w Polsce ostro wyhamował. Polska z europejskiego czempiona tego wzrostu spadła na pozycję marudera.
W 2025 roku polska najniższa krajowa urosła ledwie o 3 proc., czyli mniej więcej o tyle, co inflacja. W tym samy czasie były w Europie kraje, gdzie rosła nawet o 11-12 proc.
Jeśli nie płaca minimalna, to co?
Jeśli wzrostu bezrobocia nie da się zrzucić na płacę minimalną, to gdzie szukać jego przyczyn? Najwięcej prochu po "dymiącej broni" w niszczącym dla polskiej wytwórczości wzroście kosztów produkcji. A to jest efekt unijnych polityk klimatycznych UE. Głównie konieczności "opłacania się" klimatycznym parapodatkiem ETS, który wymusza jednocześnie wzrost cen energii dla biznesu.
Po przejęciu władzy rząd Tuska zrezygnował z jego sabotowania (to był strategia PiSu), przyjmując postawę potulnego dryfowania z unijnym głównym nurtem. Dla wielu firm w Polsce był to sygnał, że teraz nie ma już na co liczyć i trzeba przygotować się na nieuchronny wzrost kosztów. A biznes na wzrost kosztów reaguje zawsze w ten sam sposób - właśnie redukując zatrudnienie i zwijając skalę produkcji.
Najbardziej w całej tej historii niepokoi brak zainteresowanie tematem ze strony rządu. Sprawa rosnącego bezrobocia znajduje się kompletnie poza ich radarem. Najbardziej oderwany jest chyba premier Tusk, który w połowie ubiegłego roku chwalił się… "najniższym w historii bezrobociem".
Minister Domański mówi z kolei o wrzuceniu przez polską gospodarkę wyższego biegu. Odpowiedzialna za sprawy pracy koalicyjna Lewica uciekła zaś kompletnie w sferę fantazji na temat skrócenia czasu pracy albo neutralnych płciowo rekrutacji zatrudnienia. I na tym temat się na razie zamyka.
Martwią się ci, co pamiętają o przeszłości
Jasne, że dla najmłodszej części społeczeństwa bezrobocie jest tematem abstrakcyjnym - zwłaszcza jeśli ich wchodzenie na rynek pracy przypadło na czasy rządów PiS.
Wśród nas jest jednak wielu takich, co na własnej skórze doświadczyli tragedii masowego bezrobocia. Wiedzą to ci nieco starsi, którzy pamiętają 3 miliony bezrobotnych w latach 2001-2002. I nieco młodsi, którzy załapali się jeszcze na ostatnią górkę z lat 2012-2014, gdy bez pracy było ponad dwa miliony ludzi.
Nie chcemy tam znów być. Ale to jest niestety kierunek w którym zmierzamy, jeżeli polityka uśmiechniętego rządu nie przestanie tego problemu ignorować.
Rafał Woś
















