Bez USA Poczobut dalej by był jeńcem Łukaszenki. Polacy to dla niego arcywróg
Można lubić Donalda Trumpa lub nie, ale uwolnienie Andrzeja Poczobuta pokazuje, jak istotnym sojusznikiem są USA dla Polski, a także, że ostentacyjne wypinanie się na nie pod pretekstem rzekomej "nielojalności" nie jest dobrym pomysłem. Nikt inny na Zachodzie nie miał mocy sprawczej, by na reżim Łukaszenki wpłynąć, tym bardziej by wpływać na Rosję.

O uwolnienie Poczobuta bezskutecznie latami zabiegały kolejne polskie dyplomacje, reprezentujące dwie zwaśnione strony. Uderzające przy tym, także dla opinii publicznej, były dwa momenty.
Andrzej Poczobut na wolności. Dwa momenty zawodu
Pierwszy, gdy w 2024 roku Zachód wymienił z Rosją osoby podejrzewane o szpiegostwo, dziennikarzy i obrońców praw człowieka. Polska przekazała wówczas Rosji niesławnego szpiega, znanego u nas pod nazwiskiem Pawła Aleksiejewicza Rubcowa lub Pabla Gonzáleza.
Do USA powrócił wtedy między innymi Evan Gershkovich, korespondent dziennika "The Wall Street Journal". Wydawało się, że aż się prosi, by tę okazję wykorzystać do uwolnienia polsko-białoruskiego dziennikarza. Jednak, ku rozczarowaniu, nie było go w pakiecie.
W grudniu 2025 roku zawód był jeszcze większy. Białorusini pod wpływem negocjacji z USA zwolnili 123 więźniów, w tym postrzeganych jako pierwszoplanowych wrogów reżimu, noblistę Alesia Białackiego i Maryję Kalesnikawą. Poczobut dalej pozostawał w więzieniu. A kilka kolejnych miesięcy w białoruskim łagrze to dużo więcej czasu niż kilka miesięcy na wolności.
To, że Polska nie miała dość sił, nawet przy najlepszych chęciach, by więźnia zwolnić, nie jest bynajmniej spowodowane naszą "nieistotnością" z perspektywy białoruskiego dyktatora. Wręcz przeciwnie. Kłopot jest podwójny. Łukaszenka nie znosi i boi się Polski i Polaków sam z siebie, a do tego jego konkretne działania i tak trzeba negocjować z Moskwą, co przerasta dziś skuteczny zasięg dyplomatyczny nie tylko Warszawy, ale i Paryża, Berlina czy Brukseli.
Polska piąta kolumna
Ludzie znający białoruską politykę, z którymi rozmawiałem, zwracają uwagę na to, że Łukaszenka się po prostu na Polskę zawziął. A to dlatego, że staliśmy się dla niego niejako podwójnym wrogiem. Po pierwsze państwem nastawionym na zmianę władzy w Mińsku, położoną w bezpośrednim sąsiedztwie ekspozyturą najbardziej wrogich mu sił, wspierającą jego przeciwników politycznych, czyli dysydentów, obrońców praw człowieka, opozycjonistów i tak dalej. Stąd prowadzone od sześciu lat działania hybrydowe na polskiej wschodniej granicy, które poprzedziły rosyjską inwazję na Ukrainę.
Nie dość tego jednak. Polacy to także wróg wewnętrzny, czyli ten, który zawsze budzi największy niepokój i nienawiść. Mniejszość polska, zorientowana prozachodnio, wspierająca opozycję i demokratyzację, skromnie, bo skromnie, ale jednak dofinansowywana z Polski, to dla reżimu rodzaj piątej kolumny. Wróg wewnętrzny, stanowiący nieustanne zagrożenie dla społecznego zaplecza dyktatury. Nie tylko zapewne w propagandzie, ale też w rzeczywistym odczuciu elit reżimu to czysta zdrada.
Białoruś, podobnie jak kilka innych postsowieckich krajów, stworzyła swoją własną interpretację słynnych słów Ludwika XIV "państwo to ja". Czyli neopatrymonialny system polityczny, w którym władca i jego reżim jest utożsamiany z państwem i jego interesami. W takim świecie przeciwnik władzy to po prostu zdrajca, a jeśli jest on dodatkowo przedstawicielem nieprzyjaznej władzy mniejszości narodowej, to już zdrada do kwadratu. A Andrzej Poczobut był najbardziej znanym, aktywnym, znienawidzonym przedstawicielem tej wrogiej grupy.
Agresor z Mińska
Historia ta powinna stanowić zimny prysznic dla dwóch grup ludzi. Tych, którzy twierdzą, że Polska może jakoś szczególnie poprawić relacje z reżimem Łukaszenki. Nie może, bo różnice wartości, interesów i pozycji są zbyt głębokie, a Mińsk zdecydował się na najbardziej agresywny, bezpośredni akt agresji, z jakim miała do czynienia III RP ze strony któregokolwiek ze swoich sąsiadów.
Ale po rozum do głowy powinni pójść także ci, którzy twierdzą, że w związku z rozmaitymi działaniami czy wypowiedziami Donalda Trumpa, reorientacją globalnej polityki albo ambicjami Unii Europejskiej nie potrzebujemy już w regionie parasola USA.
I ci, którzy rozmaitymi gniewnymi deklaracjami i podszczypywaniem mogą ten parasol osłabić. Bez względu na to, czy traktować Łukaszenkę jako podwykonawcę rosyjskiej polityki, czy lawiranta, to dziś wpłynąć na niego może tylko Waszyngton. Czy dzieje się to za pośrednictwem Moskwy, czy dlatego, że tylko USA uznaje za realną przeciwwagę dla Rosji, z którą trzeba się liczyć, pozostaje sprawą wtórną.
Pomimo mojego bardzo, nieraz krytycznego stosunku wobec szefa naszej dyplomacji, muszę stwierdzić, że w tej sprawie zachował się jak trzeba, podkreślając, że bez prezydenta USA i jego specjalnego wysłannika Johna Coale'a Poczobut siedziałby w więzieniu dalej.
Za to u szefa rządu, niedawno drażniącego USA w ramach jednego ze swoich licznych retorycznych podjazdów pod Donalda Trumpa, powinna nadejść jednak jakaś refleksja. Czas na urealnienie, by jak to takich sytuacjach nieraz bywa, nie zadziałała samospełniająca się przepowiednia.
Autor dziękuje za częste konsultacje w sprawach propagandy Łukaszenki Jakubowi Biernatowi (centrumeuropy.pl)
Wiktor Świetlik

















