Bąkiewicz obsługuje swoją "bańkę". Ale czy Niemcy są wobec Polski w porządku?
Niemiecki formalizm i skłonność do rygorów jest znana. Podejrzewam, że Robert Bąkiewicz i jego ludzie brali to pod uwagę. Jak sądzę, obu stronom zależało na efekcie, jakim się to wszystko skończyło.

Czy niemiecka policja przegięła, rzucając się na kilkunastu działaczy Ruchu Obrony Granic? Chcieli podejść z wielkim drewnianym krzyżem i z kartkami opisującymi niemieckie zbrodnie wojenne pod głaz upamiętniający tamte zdarzenia.
Niemcy twierdzą, że była to niezarejestrowana demonstracja, więc mieli prawo zareagować. Czy więc każda wycieczka, która pójdzie pod jakiś pomnik, powiedzmy z kwiatami, powinna się starać o zgodę na przemarsz? Chyba nie.
Kto tu zawinił?
Rzecz jednak w detalach. Tak się składa, że oglądałem, przypadkiem, część tego zdarzenia. Transmitowała je na żywo telewizja Republika. Jej kamery towarzyszyły Robertowi Bąkiewiczowi i aktywistom jego ruchu. Patrzyłem na zdarzenie od pewnego momentu, kiedy trwały już dyskusje między grupą Bąkiewicza i policjantami.
Tyle że niemiecki formalizm i skłonność do rygorów jest znana (choć dziś mocno podminowana, choćby zalewem migrantów). Podejrzewam, że Bąkiewicz i jego ludzie brali to pod uwagę. Jak sądzę, obu stronom zależało na efekcie, jakim się to wszystko skończyło. Co nie znaczy, że niemieccy policjanci nie mogli poszukać innych, bardziej pokojowych rozwiązań.
W polskich mediach wybuchła jak zwykle potępieńcza dyskusja. Liberałowie i progresywni katolicy krzyczą na przykład o nadużywaniu symboli religijnych. Według Estery Flieger z "Rzeczpospolitej" niesionego krzyża użyto jako politycznego totemu.
Pochód w formie swoistej drogi krzyżowej to całkiem nie moja estetyka. Zarazem ów "oburzing" wydaje mi się przesadny. Szli upamiętnić ofiary do miejsca pamięci o nich. Trudno w takim przypadku nie sięgnąć po religijne symbole. Obecność takich symboli przy okazji wyrażania poglądów politycznych to nic nowego.
Prowokacja i wzajemna pogarda
Byłbym bardziej sceptyczny wobec owej wyprawy, gdyby nie jeden "szczegół". Komentatorzy niechętni Bąkiewiczowi przedstawiają całą akcję jako próbę psucia relacji polsko-niemieckich w czasie, kiedy oba kraje podpisują umowę obronną.
Możliwe, że i taki motyw tu się pojawia, Ruch Obrony Granic jest antyniemiecki. Ale zarazem tego dnia w Berlinie odbywało się Forum Polsko-Niemieckie poświęcone 35-leciu traktatu polsko-niemieckiego z 1991 roku. Występował na nim szef MSZ Radosław Sikorski.
Popłynęło morze superlatyw na temat naszych wzajemnych relacji. I padła tylko z ust pana ministra wzmianka o niedotrzymaniu nawet zdawkowej obietnicy poprzedniego niemieckiego kanclerza Olafa Scholza, że rząd federalny wypłaci jakieś pieniądze ostatnim żyjącym, polskim ofiarom II wojny światowej. Potem Donald Tusk zapowiadał, że jeśli rząd niemiecki tego nie zrobi, zrobi to rząd polski.
Obie obietnice nie zostały dotrzymane. Robi to wrażenie gry na czas. To żenujące. I być może prowokujące do jakichś gestów na niemieckiej ziemi.
Tyle że trudno tu liczyć na jakieś poczucie wspólnoty wśród samych Polaków. Na poturbowanie i skucie działaczy ROG minister Sikorski zareagował szyderstwami. Odsyłał berlińskich manifestantów do Moskwy, niech tam spróbują demonstrować (pytanie przed czym?). Europosłanka Gasiuk-Pichowicz prosiła Niemców, aby sobie Bąkiewicza zatrzymali. Takie wypowiedzi utwierdzają naturalnie prawicowców w przekonaniu, że mają do czynienia ze sprzedawczykami na niemieckim pasku. I tak się ta maszyneria napędza.
Pytania o polityczną grę
Chociaż wszystko jest bardziej skomplikowane. Kilka osób, jako pierwszy chyba badacz sondaży Marcin Palade, zauważyło, że berlińska awantura pojawiła się w "złym momencie". Oto Koalicję Obywatelską nakryto na czymś obrzydliwym. Nie tylko postarała się, aby jej aktywista, zarazem lekarz, zarabiał bajońskie sumy w Szpitalu Południowym, ale to na rzecz jej polityków tenże lekarz stworzył szybką ścieżkę przyjmowania do tegoż szpitala.
Szpitalny salonik dla VIP staje się symbolem w momencie, kiedy ten rząd ma coraz większy kłopot z finansowaniem najpotrzebniejszych zabiegów i badań w publicznej służbie zdrowia.
Ale Przemysław Czarnek przemówił na początek obrad Sejmu nie o tym, a o pobiciu "polskich patriotów" w Berlinie. Politycy PiS skarżą się, oczywiście anonimowo, że nie zajęto się dostatecznie tematem istotnym dla ogółu Polaków, a przyćmiono go czymś, co nakręca tylko najbardziej prawicową "bańkę". Na dokładkę Bąkiewicz ma reputację zadymiarza, więc nie wzbudzi nadmiernej solidarności.
Te uwagi pokazują, że w sferach politycznych akcja w Berlinie jest traktowana jako element gry, a nie bezinteresownego gestu. Choć oczywiście można by replikować, że Bąkiewicz nie patrzył na polityczne efekty, a chciał zamanifestować moralny sprzeciw. Tyle że znana jest antyniemiecka determinacja Jarosława Kaczyńskiego. Lider ROG chce się zapewne po raz kolejny znaleźć na listach PiS.
Nic już nie skasuje tego podziału. Polska prawica będzie antyniemiecka, a obecna koalicja - de facto proniemiecka. Politykom PiS czy Konfederacji wypada tylko radzić, aby ich kolejne gesty wygrażania Berlinowi nie przysłoniły innych, bardziej istotnych dla Polaków tematów. Już dziś można w nich widzieć chwilami obsesję.
Tam, gdzie kończy się dialog
Co piszę ja, zwolennik sięgania po temat reparacji, bo nigdy dosyć przypominania światu, komu zawdzięczamy potężne cywilizacyjne zapóźnienia Polski. Bynajmniej nie wyśmiewanej przez Niemców "Polnische Wirtschaft". Zarazem chwilami ten temat mnie niepokoi, bo jest receptą na solidne polskie kompleksy.
Ale kiedy Hanna Radziejowska, szefowa niemieckiego oddziału Instytutu Pileckiego, apeluje w wywiadzie dla "Der Spiegla" do Niemców o "więcej pokory", mogę jej tylko przyklasnąć. Tylko ile jest takich Radziejowskich? A skoro ich nie ma, pałeczkę przejmują watażki, czyli Bąkiewiczowie.
Piotr Zaremba














