Reklama

Reklama

Armenia to nie Rosja - Zachód powinien powstrzymać azerski atak

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem i tak dalej... w polityce jednak ta zasada bywa nadto nadużywana i wykorzystywana. Właśnie robią tak ci, którzy twierdzą, że nie powinniśmy martwić się azerskim atakiem na Armenię spowodowanym jakoby jakimiś dywersyjnymi działaniami ze strony przeciwnika.

Jeśli nasi rodzice czasem narzekali na wolny upływ czasu, obserwując długie dekady pierwszych sekretarzy, to my możemy narzekać na rzecz zgoła odwrotną. Niemal równo trzy lata temu, przebywając nad ormiańskim jeziorem Sewan, wypuściłem się na dłuższy poranny, górski bieg, mniej więcej dwudziestokilometrowy. Góry łagodne, tereny pasterskie, na dużej wysokości nie nadmierny upał, czego chcieć więcej. Po powrocie i spojrzeniu w gps stwierdziłem, że, przynajmniej wedle wskazań tego urządzenia, zapuściłem się na teren Azerbejdżanu. Byłem o tyle zdziwiony, że formalnie między oboma krajami trwała od wielu, wielu lat wojna, ale też od wielu lat nie było działań zbrojnych. Nawet chyba uznałem to za dobry prognostyk, szczególnie potem, patrząc na turystów pałaszujących ryby z jeziora i na mały kraj dumny ze swej chrześcijańskiej historii, ale też wielu ciekawych eksperymentów z obszaru slow food. To było zaledwie trzy lat temu.

Reklama

A potem historia pokazała, że potrafi pędzić szybko. Potem była pandemia. Potem był kolejny konflikt o Górny Karabach, w którym tureckie drony używane przez Azerów zmasakrowały rosyjskie systemy artyleryjskie używane przez Ormian. A potem Rosjanie nie wyciągnęli żadnych, najmniejszych wniosków z tego konfliktu i dokonali próby największego zbrojnego bandytyzmu w powojennej historii Europy na Ukrainie. Teraz przegrywają i mam nadzieję, że ich klęska będzie tak głęboka jak ich kompleksy. Nie pozwoli im się szybko wygrzebać i odbudować jak Niemcom po pierwszej wojnie światowej. Życzę dzisiejszej Rosji jak najgorzej, szczególnie uwzględniając nastroje w tym kraju. Nie cieszę się śmiercią pojedynczych żołnierzy, nie jestem sadystą, ale Rosji życzę, by była słaba na lata, tak by nie mogła się militarnie odbudować. Albo by wiele nacji w ramach tego państwa dziś odnalazło swą niepodległość. Mogłoby tak być z Czeczenią, gdyby obaliła bandytę Kadyrowa.

Problem w tym, że źle życząc Rosji nie należy z automatu źle życzyć Armenii. Powodów jest aż nadto.

Ormianie nigdy nie angażowali się przeciwko Polsce, co więcej, darzą nas sympatią. Są nam bliscy kulturowo. Są bodajże najstarszą istniejącą kulturą religijną, którą kultywują. Rosji ani nie cenią, ani nie kochają, też wymordowano im elitę. Ormianami byli co prawda bracia Mikojan, jeden ten, który przypisywał sobie robotę nad kolejnymi myśliwcami MIG, drugi zbrodniarz stalinowski, który między innymi decydował o Katyniu. Ale patrząc tymi kategoriami trzeba pamiętać, że Józef Stalin był Gruzinem.

Armenia w objęcia Rosji została wepchnięta i większość Ormian marzy o czymś innym. Ich aspiracje to świat wielkiej przeszłości i wielkiej diaspory, w tym ormiańskich sław międzynarodowych - Khachaturiana, Aznavoura lub współczesnych skandalistów Kardashianów. Tyle, że dziś to malutkie państwo, okrojone do granic możliwości, położone między imperialną i zawsze wrogą Turcją i bliskim jej Azerbejdżanem z drugiej strony. Inni sąsiedzi Armenii Iran i Gruzja niewątpliwie z przyczyn handlowych nie są zainteresowani wojną, ale też nie kiwną palcem w sprawie tej wojny. Ormianom pozostaje macocha Rosja.

Dziś Polską racją stanu jest po pierwsze to, by nasze Kraby niszczyły rosyjski sprzęt w ilościach hurtowych i pozwoliły Ukraińcom dojść choćby i do Uralu. Ale warto może czasem - panie prezydencie, panowie z rządu, z MSZ - upomnieć się o pokój w Armenii i ormiański spokój. Szczególnie, że Ormianie nie mają wielkich ambicji terytorialnych. Nie chcą prowadzić operacji antynazistowskiej, antyterrorystycznej. Chcą po prostu zachować swoje małe państewko.                    

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy